Publicystyka

Jak mogłeś chcieć odejść?

Kilkanaście dni temu Cesc Fabregas podzielił się z mediami ciekawym wyznaniem. Hiszpan w podcaście dla Arseblog stwierdził, że w końcówce jego przygody z Arsenalem tylko Samir Nasri i Robin van Persie dorównywali piłkarsko jego poziomowi. Był to jeden z powodów, przez które kapitan Kanonierów zdecydował się opuścić The Emirates Stadium. Drugim było zachowanie reszty drużyny po przegranych meczach. Kiedy Fabregas przeżywał porażki klubu i jednocześnie widział, że niektórzy jego koledzy nic sobie z nich nie robią, zdał sobie sprawę, że jemu zależy bardziej. Czarę goryczy przelały transfery, które jak mówi Fabs, mogły dojść do skutku, ale ostatecznie tak się nie stało.

Trudne wybory

Ostatecznie hiszpański mistrz świata i Europy był tak zdeterminowany by odejść z Arsenalu, że dopłacił do swojego transferu. Kiedy jego przejście do Barcelony w 2011 roku stawało się faktem, twierdziłem, że dokładanie się z własnej kieszeni klubowi z Katalonii, by deal mógł zostać dopięty jest niewybaczalne. Dziewięć lat później, będąc odrobinę mądrzejszym i mając nieco szersze spojrzenie, myślę, że jestem w stanie zrozumieć Cesca.

Nie postąpił on jak większość graczy Arsenalu z tamtego okresu i nie poszedł wzmocnić ligowego rywala (notabene im to wyszło na dobre, bo każdy kluczowy zawodnik The Gunners, który wyprowadził się do Manchesteru wygrał mistrzostwo Anglii, a w północnym Londynie do dziś bez szału na tej płaszczyźnie). Wybrał przenosiny do – wtedy – najlepszej drużyny świata i jednocześnie powrót do miejsca, w którym się wychował.

W Barcelonie go chcieli i namawiali do przenosin, w Londynie miał perspektywę ciągnięcia wózka, na którym mało komu więcej zależało. Do tego polityka transferowa, która nie przewidywała klasowych wzmocnień, gdy najlepsi piłkarze odchodzili. W sumie patrząc z perspektywy Fabregasa, to było najlepsze wyjście i jak najbardziej można uznać decyzję o odejściu za właściwą. Dziś już nie mam żalu o to, że wybrał Barcę. Żal mam jedynie do Arsene’a Wengera (nie spodziewaliście się w tym momencie nawiązania do tego pana, co?). Żal za to, że uznał, iż powrót Fabregasa do Arsenalu w 2015 roku to kiepski pomysł. To historia na oddzielny tekst, ale jeśli będzie dobry odzew, to i do niej się chętnie odniosę.

Na innym levelu

Wróćmy do cytatu od którego to wszystko się zaczęło, a więc, że tylko Nasri i van Persie mogli się równać z Fabregasem. W sumie przeglądając sobie kadrę Arsenalu z lat 2009-2011 trudno się z nim nie zgodzić. A skoro gołym okiem można to stwierdzić, to znaczy, że przepaść musiała być ogromna. Początkowo zastanawiałem się czy do wymienionej dwójki nie dorzuciłbym Alexa Songa, ale to jednak półka niżej. Zresztą według mnie tak samo Samir Nasri, który z armatką na piersi był najlepszym Nasrim w trakcie całej swojej kariery. Francuz i Kameruńczyk znaleźliby się na tym arsenalowym regale pod van Persie’em i Fabregasem. No, bo kto inny mógłby się znaleźć na najwyższej półeczce?

Arshavin i Rosicky już po swoim prime time’ie. Wilshere i Ramsey jeszcze za młodzi. Bendtner i Chamakh? Wstyd, że znaleźli się w tej samej linijce co pozostali. Abou Diaby z Carlosem Velą częściej widywali się w szpitalu i u fizjoterapeutów niż na boisku. Może w pewnym czasie Theo Walcott (jego mecz przeciwko Barcelonie mógł pobudzić wyobraźnię niejednego fana Kanonierów), ale mowa tu o graczu zbyt himerycznym, by w ogóle dywagować o porównywaniu go do tej klasy zawodników. Co by nie było, biorąc pod uwagę powyższe, ex-kapitan 13-krotnych mistrzów Anglii nie powiedział właściwie niczego kontrowersyjnego. Sam Cesc usprawiedliwił się, że nie jest to z jego strony żadna arogancja, tylko tak czuł w tamtym czasie. Trzeba jasno powiedzieć niczym redaktor z Dębicy – takie są fakty. I musimy przyznać Fabregasowi rację.

Bez planu

Hiszpański playmaker mówił też o transferach do klubu, które nie zostały dopięte. W efekcie tego nie sprowadzono odpowiednich zawodników do załatania dziur, a te po wyprzedaniu ważnych ogniw były ogromne. Ostatnim rozsądnym okienkiem transferowym w tamtym okresie było to w lipcu 2008 roku. Do FC Barcelony powędrował Aleksandr Hleb, a w jego miejsce sprowadzono Samira Nasriego. Na domiar dobrego, pół roku później do Londynu przyleciała największa gwiazda minionych Mistrzostw Europy w Austrii i Szwajcarii – Andriej Arshavin. W kolejnych latach nie było już tak dobrze. Po odejściu takich piłkarzy jak Kolo Toure i Emannuel Adebayor w lipcu 2009, zapomniano o kimkolwiek w ich miejsce. Dopiero rok później na następcę napastnika z Togo wybrano… Marouane Chamakha. Z kolei na środek obrony kupiono dwóch Francuzów – Laurenta Koscielnego i Sebastiana Squillaciego. O ile tego pierwszego możemy uznać za trafiony nabytek, to Squillaci okazał się być totalną klapą. Do tego The Emirates opuścili William Gallas i Mikael Silvestre, więc znów nie było mowy o planowaniu kadry z głową. Ostatnim piłkarzem, który został sprzedany przed odejściem Fabregasa był Gael Clichy. Na miejsce lewego obrońcy również nie zadbano o odpowiedniego zastępcę. Przyznacie chyba, że można było odczuć pewnego rodzaju frustrację.

Koniec końców Cesc Fabregas podjął właściwą decyzję. Z perspektywy kariery zawodnika, odejście z drużyny tułającej się między trzecią, a czwartą lokatą do ekipy rok po roku sięgającej po mistrzostwo Hiszpanii to oczywisty ruch. Jak również widać po późniejszych wynikach, ten transfer był dobrym ruchem, choć prawdopodobnie Hiszpan mógł więcej wycisnąć ze swojego pobytu w stolicy Katalonii. Ostatecznie musiał zadowolić się jednym zwycięstwem w La Lidze, Pucharem Króla oraz dwoma Superpucharami Hiszpanii. Na arenie międzynarodowej załapał się na Superpuchar Europy i Klubowe Mistrzostwo Świata. Całkiem nie najgorzej wyszedł na tej przeprowadzce. Pozostało tylko jedno nieosiągalne dla niego trofeum. Jak przystało na piłkarza Arsenalu, nie wygrał nigdy Champions League i tego niestety już nie będzie dane mu nadrobić. Zresztą naszym ulubieńcom też to nie grozi, więc Fabregas i Arsenal jeszcze przez długi czas będą mieli jakąś cząstkę wspólną.

Facebook Comments