Publicystyka

Futbol lekiem dla ducha

Jest w futbolu coś takiego, co ekscytuje setki milionów ludzi na całym świecie. Chociaż jest wiele dużo bardziej ekscytujących i emocjonujących sportów, chociaż rozwija się technologia i nauka, chociaż wachlarz rozrywek oferowany nam przez współczesność jest przeogromny, nadal to właśnie piłka nożna wiedzie prym, rozkochując w sobie kolejne pokolenia. Prosta gra – dwudziestu facetów próbujących za wszelką cenę przekopać kawałek skóry (a obecnie raczej tworzywa sztucznego) napełniony powietrzem przez obszar wyznaczony dwoma słupkami i ograniczającą go od góry poprzeczką oraz dwóch wariatów tego obszaru strzegących. A generuje tyle pasji, namiętnych dyskusji od świtu do zmierzchu, wręcz obsesji – że aż nie mieści się to w głowie. Nie wiem skąd to się bierze, ale ludzie od lat nie wyobrażają sobie życia bez piłki. I traktują ją jak najlepszy lek dla poranionego życiowymi wybojami ducha.

25 grudnia 1914, Wulvergem – wiocha zabita dechami przy granicy belgijsko-francuskiej. Dzień Bożego Narodzenia zupełnie inny niż zwykle. Po nieudanych działaniach ofensywnych Niemiec mających na celu odcięcie połączenia Francji z Anglikami, front ustabilizował się na linii od kanału La Manche do granicy ze Szwajcarią. Blitzkrieg został opanowany i stłamszony, rozpoczęła się wojna pozycyjna. Stojące naprzeciw siebie wojska umacniały swoje pozycje, budując schrony, okopy i zasieki z drutu kolczastego. Aż do roku 1918 nikt nie będzie w stanie osiągnąć znaczącej przewagi i wyraźnie przesunąć zachodniej linii frontu.

Święta. Co to za święta, kiedy leżysz umorusany błotem w jakiejś dziurze z karabinem przytulonym do piersi i z nieustającym napięciem czekasz na jakiś nerwowy ruch przeciwnika, a tym samym odpowiadające mu rozkazy twojego dowódcy rozpętujące na nowo szaleńczą bitwę…? Dowódcom obu stron jednak także ani się nie śniło akurat w tych dniach przelewać kolejnych litrów krwi.

Dzień Bożego Narodzenia był bardzo mglisty, pokazali się nam Niemcy, którzy życzyli nam “dobrego dnia”. Wyszliśmy, powiedzieliśmy im, że jesteśmy z nimi w stanie wojny i naprawdę muszą chociaż udawać, że walczą. Wrócili do siebie, lecz znowu spróbowali podejść w naszym kierunku, więc strzeliliśmy ponad ich głowami, oni także oddali strzał w powietrze, dając znać, że zrozumieli i reszta dnia zleciała bardzo spokojnie w tej części frontu.

Tak w swoim liście przebieg Bożego Narodzenia opisał jeden z angielskich oficerów. A zatem zawieszenie broni! Przynajmniej na jakiś czas przestajemy się zabijać. My ludzie, oni – też, mimo wszystko, ludzie, tacy jak my. Wykażmy zatem trochę człowieczeństwa wobec siebie… Zagrajmy w piłkę!

Mecze piłki nożnej na zachodniej linii frontu I Wojny Światowej w grudniu 1914 roku obrosły już w Wielkiej Brytanii taką legendą, że ich autentyczności nie śmie podważyć już nikt. Zwłaszcza, że tę historię potwierdzają wieloletnie badania. Futbol co prawda nie był wówczas uprawiany przez żołnierzy obu obozów na aż taką skalę, o jakiej zwykło się mówić, ale nie podlega wątpliwości, że po świątecznym zawieszeniu broni Niemcy i Anglicy postanowili strzelać do siebie nie z karabinu, a z futbolówki. W tych niewyobrażalnie okropnych czasach i tragicznych okolicznościach pełnych stresu, strachu o życie nie tylko własne, ale i całych narodów, dwie wrogie nacje połączyła piłka nożna – pozwalając odesłać cały dramat i koszmar w cholerę. Przynajmniej na chwilę dać namiastkę normalności. Odetchnąć.

Co ciekawe, ani pierwsza, ani druga WŚ nie zatrzymała rozgrywek na angielskich boiskach. Kiedy tylko na ulicach robiło się względnie bezpiecznie (choćby po serii nalotów bombowych Niemców na Anglię w trakcie II WŚ), piłkarze stawali ze sobą w szranki na zielonej murawie, a licznie zgromadzeni kibice żywiołowo ich dopingowali. Nie odpuszczali także skoszarowani akurat zawodnicy. Korzystali oni z ówczesnych przepisów, a w szczególności zapisu o “występach gościnnych” i w czasie oczekiwania na kolejne misje wojskowe, reprezentowali oni barwy klubów, które miały swoje siedziby najbliżej miejsca ich stacjonowania. Ludzie nie pozwolili wojnie pokonać piłki. A w zamian za to piłka dawała im multum endorfin i podtrzymanie sprawności fizycznej. Dbała więc o ciało. Ale także koiła zszargane nerwy i była choćby chwilową odskocznią od otaczającego ich zewsząd rozlewu krwi. Pozwalała przetrwać. Bo duch jest przecież przynajmniej tak samo ważny jak ciało. A może nawet i ważniejszy.

Swój udział w podtrzymywaniu piłki przy życiu miał także Arsenal. Highbury zostało na czas wojny zamienione w schron przeciwlotniczy (co poskutkowało jego zbombardowaniem w 1941 roku). Klub natomiast starał się grać, kiedy i gdzie tylko mógł – i to grać z powodzeniem, ku uciesze fanów. W sezonie 1939/40 The Gunners wygrali “Ligę Południową”. Dwa sezony później w nowo utworzonych przez stołeczne kluby rozgrywkach London League efektownie triumfowali, strzeliwszy aż 108 bramek w 30 spotkaniach. W kolejnej kampanii Arsenal wrócił do ogólnokrajowych rozgrywek Ligi Południowej, którą także udało mu się zwyciężyć, dokładając do tego także Puchar Ligi. Wszystko po to, by na zniszczonych wojną twarzach choć na chwilę zagościł szczery uśmiech.

Nie inaczej było w przypadku pandemii “hiszpanki” w latach 1918-19. Wiedza na temat rozprzestrzeniania się wirusa i skutecznej walki z nim była oczywiście znacznie mniejsza niż ma to miejsce obecnie. Władze wiedziały jednak, że należy unikać publicznych zgromadzeń. Mimo to, w Wielkiej Brytanii nikomu nie przyszło nawet do głowy, by zamknąć stadiony. Nie w czasie, gdy stan psychiczny ludzi po ledwo zakończonej I Wojnie Światowej był druzgocący. Odebranie im ostatniego powodu do radości i innych pozytywnych emocji płynących z murawy co prawda z pewnością ograniczyłoby śmiertelne żniwa tej grypy, ale bez wątpienia odbiłoby się również na zdrowiu psychicznym, czego wielu ówczesnych obywateli mogłoby już nie wytrzymać. Football kept calm and carried on.

Piłka nożna daje nieprawdopodobną okazję do socjalizacji – buduje więzi, kształtuje charaktery, uczy wielu kluczowych wartości jak współpraca, zaufanie, czy poświęcenie. Wyzwala najszczersze emocje, pozwalając wyczyścić głowę i oderwać się od wszystkich kłopotów życia codziennego. Dlatego tak bardzo nam jej teraz brakuje. Bo piłka to najlepszy lek dla mąconych różnymi myślami umysłów. Absolutnie bezczelnym byłoby przyrównywanie sytuacji, w jakiej obecnie się znajdujemy do ludzi dotkniętych wojną czy choćby “hiszpanką”. Niemniej, świat obecnie także w pewnym sensie się zatrzymał. Wielu z nas zadaje sobie pytanie – kiedy to wszystko się skończy? Otóż, wtedy, gdy futbol ruszy na nowo. Dostaniemy swoje remedium. I wszystko powoli wróci do normy. A zatem czekajmy… Piłko, wróć!

Facebook Comments