Publicystyka

Koronkowa akcja

Dziwny weekend za nami… Gdyby ktoś powiedział mi miesiąc temu, że niedługo będę ekscytował się potyczką Rostowa z Lokomotiwem Moskwa, raczej kazałbym mu postukać się w główkę. Z drugiej jednak strony, jak szczęśliwym i rozkapryszonym pokoleniem jesteśmy, skoro do rangi problemu urasta brak meczy w TV! Dopiero w takich kryzysowych momentach potrafimy docenić rzeczy naprawdę istotne i oddzielić ich od “głupotek” i “fanaberii”. Jednocześnie dopiero w takich kryzysowych momentach nachodzą mnie komiczne myśli – jak żyją ludzie, dla których piłka nie istnieje zawsze? Co robią w sobotnie i niedzielne popołudnia, o czym myślą w środku tygodnia, jakie newsy śledzą co rano…? To przerażające, ale momentami czułem, że nie wiem co ze sobą zrobić. A to dopiero początek odwykowej przygody!

Długo zastanawiałem się, czy Armatki to na pewno odpowiednie miejsce do uprawiania polityki. Karkołomnym zadaniem jest jednak rozmawianie o futbolu w oderwaniu od tego w sytuacji, kiedy o dalszych rozwiązaniach i scenariuszach na dokończenie bieżących rozgrywek decydują rządy państw w konsultacji z WHO. Moralizatorski trashtalk z opowiadaniem się po jednej ze stron sceny politycznej? Złote rady wujka Janusza jak uzdrowić świat albo jakie zakończenie sezonu byłoby najbardziej sprawiedliwe? A może tysiąc dwieście osiemdziesiąta czwarta odsłona tekstu o jak najbardziej słusznym, ale przewertowanym na dziesiątą stronę przesłaniu – “zostań w domu”? Spokojnie – nie tutaj, nie ode mnie.

Spodziewajcie się raczej kilku faktów, paru domysłów i pewnej dawki luźnych (choć czasem kontrowersyjnych) spostrzeżeń. Prostopadłe zagranie w pole karne i zabójczy finisz strzelca wyborowego, czy raczej rozgrywanie bez pomysłu zakończone stratą i kontratakiem rywali? Oto, jak moim okiem może potoczyć się dalej ta cała “koronkowa akcja”.

Bezpośrednie straty

TV i sponsorzy, kibice na stadionach

Najprościej dojrzeć jest nam oczywiście sfery, w których Premier League i cały europejski futbol (bo tu są największe pieniądze i najsurowsze restrykcje) oberwie. Roczny przychód najwyższej klasy rozgrywkowej w Anglii z tytułu praw telewizyjnych i marketingowych kręci się obecnie wokół kwoty 3 miliardów funtów. Kwota wręcz astronomiczna. Umowy gwarantujące te pieniądze są w znakomitej większości skonstruowane na podobnej zasadzie – płatność jest podzielona na transze wpływające na przestrzeni całej kampanii, a ostatnia rata jest zdecydowanie największa, bowiem zależy od zajętego przez dany zespół miejsca w tabeli (a także często współczynników wyliczanych na podstawie lokat z poprzednich sezonów). Jak łatwo się domyślić, mało który prawnik przy konstruowaniu takich umów przewidziałby “niedostarczenie produktu”, a zatem niedokończenie rozgrywek. Z teoretycznego punktu widzenia, stacje TV płacą za prawa transmisji meczów, które obecnie się nie odbywają, a logotypy firm wykupujących reklamę (na bandach, telebimach, koszulkach, czy w telewizji) nie są nigdzie pokazywane – można więc wnioskować, że nie otrzymują tego, za co płacą. Czy jest to podstawa do zerwania umowy i zakręcenia kurka z funciakami? Jak najbardziej. Jednakże druga strona nie dotrzymuje warunków z przyczyn niezależnych. Czy zatem jest to postawa przyzwoita i moralnie słuszna (a także zapewniająca korzystne układy biznesowe w przyszłości)? No cóż. Wedle wyliczeń The Times, w przypadku zakończenia sezonu Premier League w stanie obecnym (po 29 kolejkach), liga, a w konsekwencji wszystkie kluby w niej zrzeszone, może stracić z tych tytułów 750 milionów funtów. W Bundeslidze te straty wyliczane są na około 800 milionów euro.

A to zaledwie ułamek ze strat spowodowanych brakiem rywalizacji na boisku. Przychody z dnia meczowego związane z obecnością kibiców na stadionie wahają się w granicach 12-20% (w zależności od klubu i przeciwnika w konkretnym spotkaniu) całego przychodu z meczu. To dodatkowy cios rzędu kilku milionów funtów za kolejkę, co w perspektywie opuszczenia 9 kolejek (czyli 4-5 meczów u siebie) generuje kolejne kilkanaście baniek w plecy. Mówią, że w biznesie nie ma miejsca na sentymenty. Odwrócenie się od potrzebującego pomocy kolosa może jednak oznaczać definitywny koniec współpracy w przyszłości. Czy sponsorzy i media uznają ratowanie Premiership własnym kosztem za grę wartą świeczki? Przekonamy się już niebawem.

Piłkarze i sztaby szkoleniowe

Podobnie do nich mogą rozumować zawodnicy i trenerzy. Po pierwsze, newralgicznym punktem stali się ci, którym kontrakty kończą się z upływem bieżących rozgrywek, a więc 30 czerwca 2020. Jeżeli wierzyć portalowi Transfermarkt, w skali Premier League dokładnie 70 piłkarzy znajduje się w takiej sytuacji (w Arsenalu dotyczy to tylko Matta Macey’a, choć specyficznym przypadkiem jest wypożyczony do końca sezonu z Southampton Cedric Soares, którego umowa ze Świętymi także dobiega końca). Podpisali oni bowiem umowę do jasno określonego terminu. To oznacza, że nie mogą oni zostać zmuszeni przez kluby do wykonywania jakiejkolwiek pracy w okresie późniejszym. A to znowu prowadzi do prostego wniosku – jeżeli sezon ma być kontynuowany, musi być on dograny do końca czerwca.

Po dzisiejszej telekonferencji UEFA i oświadczeniu europejskiej federacji wiemy, że celem umożliwienia takiego rozwiązania, planowane na przełom czerwca i lipca Euro2020 zostało przesunięte na rok 2021. Co naturalne, odwołane zostały także wszystkie reprezentacyjne spotkania towarzyskie zgodne z wyznaczonymi terminami UEFA. Wedle dzisiejszego komunikatu związku, mają się one odbyć, podobnie jak baraże do Euro2020, na początku czerwca. Federacja CONMEBOL także zdecydowała się na przesunięcie rozgrywek Copa America na 2021 rok. Decyzje dotyczące terminów rozegrania dalszej fazy Champions League, Europa League, czy chociażby Ligi Narodów, nie zostały jeszcze podjęte. Wstępne propozycje, które rzuciły mi się w oczy w twitterowym gąszczu informacji, zakładały datę finału Ligi Mistrzów na 27 czerwca, a Ligi Europy na 24 czerwca. Czy tak faktycznie będzie, dowiemy się pewnie niebawem. Jedno pewne jest już teraz – jeżeli ligi i krajowe związki dojdą do wniosku o dokończeniu rozgrywek w tak zwariowanym trybie przyspieszonym, organizmy piłkarzy mogą pod koniec tego maratonu zacząć odmawiać posłuszeństwa. Oznaczałoby to bowiem grę w systemie sobota/niedziela – wtorek/środa/czwartek bez przerwy przez dwa pełne miesiące. A co z krajowymi pucharami? Gdzie wcisnąć jeszcze jeden termin reprezentacyjny? A rozszerzone Klubowe Mistrzostwa Świata latem 2021? Narzucenie takiego szalonego tempa może być zabójcze. Pogoń za odzyskaniem choć części z tych wyciekających teraz każdą dziurą miliardów może jednak doprowadzić, że zdrowie zawodników zejdzie nie na drugi, nie na trzeci, a jeszcze dalszy plan.

Po drugie, oczywiście pieniądze. Piłkarze i trenerzy mają podpisane kontrakty, które przewidują określone (często przecież bajeczne) tygodniówki. Co prawda, teraz nie grają, lecz to nie zwalnia klubów z honorowania umów i wypłacania należnych im pensji. A z czego mają opłacać te astronomiczne kontrakty, skoro same zostały odcięte od niemal wszystkich źródeł finansowania? Poczciwy człowiek powiedziałby: “Spoko, gram już trochę czasu, mam coś odłożonego na koncie, nie żądam pensji na czas. Zapłacicie mi, kiedy odzyskacie płynność finansową, jakąkolwiek stabilizację. Może nawet zgodzę się na pewne obniżenie mojej pensji w związku z waszymi kłopotami, by ten cały biznes zwany futbolem, w który pompowane są setki miliardów, zaraz nie gruchnął”. Ilu w piłce jest zawodników (a w szczególności ich agentów!), którzy znajdą w sobie takie pokłady dobroduszności, ale i racjonalności oraz myślenia o dwa, trzy kroki do przodu? Obawiam się, że w tym światku większość patrzy raczej na czubek własnego nosa. A takie myślenie może w niedługiej przyszłości doprowadzić do upadku całej piłki, jaką znamy dziś – zbudowanej na olbrzymich pieniądzach. Czyż jednak nie jest to doskonała okazja do przywrócenia piłce normalności? Czy w obliczu przewartościowania wielu spraw przez ludzi w dzisiejszych czasach, obniżenie kontraktów piłkarzy i trenerów na najwyższym poziomie albo drastyczne spadki tych chorych kwot wydawanych przez kluby na transfery, a przez media na kluby, nie byłyby wskazane? Czy takie katharsis nie zrobiłoby futbolowi dobrze?

Oberwanie rykoszetem

I tu właśnie dotykam kwestii niezwiązanych stricte z futbolem. Trwa bowiem wyścig o to, kto na kryzysie wywołanym pandemią koronawirusa straci najmniej. Bo, że każdy straci, nie mamy chyba wątpliwości. Najbardziej popularną taktyką w walce z chorobą jest ograniczanie jej rozprzestrzeniania się. I tak, kraje takie jak Polska, próbują uzyskać to przez restrykcyjne kwarantanny, co zresztą udaje się uzyskać z bardzo dobrym skutkiem dzięki natychmiastowym, stanowczym reakcjom rządu. Takie rozwiązanie nie jest jednak idealne. Jedyne, co można nim uzyskać, to tak naprawdę kupowanie czasu i spłaszczenie krzywej zachorowań na tyle, by służba zdrowia wydoliła z hospitalizacją kolejnych przypadków. Warto natomiast zauważyć, że w dłuższej perspektywie to nie rozwiązuje problemu, jakim jest koronawirus. Jest to w pewnym sensie przeczekiwanie do czasu wynalezienia odpowiednich leków, terapii lub szczepionek. Zamknięcie w domach większości obywateli, czy blokada transportu międzynarodowego nie mogą przecież trwać wiecznie. I co wtedy, gdy wrócimy do pracy, czy szkoły? To pytanie bez wątpienia trapi teraz wszystkich polityków, z Ministrem Zdrowia i jego doradcami na czele. Inni, jak Włosi, próbują uczynić to samo, lecz w początkowej fazie okazali się być zbyt opieszali i za mało radykalni, przez co obecnie nie mogą sobie poradzić z falą zarażeń. Teraz więc ich starania są tym bardziej syzyfowe. Są też nacje podchodzące do zagrożenia wirusem ze sporą dawką lekceważenia. Książkowym niemal przykładem może być Francja czy Hiszpania. Często jednym tchem wymienia się z nimi także Wielką Brytanię. Wiele wskazuje jednak na to, że może być to obraz diametralnie różnego podejścia do zagadnienia. Według niektórych teorii rząd brytyjski mógł dojść do wniosku, że jedyną metodą na skuteczną walkę z chorobą jest kontrolowane zarażenie całego społeczeństwa nieznajdującego się w grupie szczególnego ryzyka (ludzie chorzy i starsi). To, zgodnie ze stanem wiedzy na dziś, mogłoby faktycznie wydatnie wzmocnić odporność Anglików na tego wirusa, a w efekcie wyeliminować go z Wysp. Takie założenia to jednak klasyczne all in. Jeżeli okazałyby się słuszne, Brytyjczycy nie tylko straciliby najmniej na walce z pandemią, ale także zażegnaliby ją najwcześniej. Na szali stoją następujące kwestie: czy możliwe jest pełne odizolowanie od społeczeństwa ludzi z grupy ryzyka; czy możliwe jest kontrolowane zwiększanie zarażeń balansujące na granicy pojemności szpitali w razie ostrzejszego przechodzenia choroby; i wreszcie, czy możliwe jest panowanie nad reakcjami ludzi w bieżącej sytuacji (kto z własnej woli zgodziłby się na zarażenie się?), by nie zaburzyć przyjętego modelu? Krótko mówiąc: idealnego sposobu na walkę z COVID-19 (ani z żadną inną pandemią) nie ma. A co za tym idzie, nieważne, co zrobią poszczególne narody, gospodarkę czeka krach. Świat po przetrwaniu tego ekstremalnego okresu naprawdę może być zupełnie inny. I rykoszetem oberwie oczywiście będąca gdzieś tam na uboczu piłka kopana.

Potrzeby wydawania pieniędzy leżą obecnie zupełnie gdzie indziej, niż w sektorze rozrywki. Oprócz masowego wycofywania się sponsorów oraz zmniejszonych wpływów z mediów, można spodziewać się także zdecydowanych obniżek (a nawet całkowitego odcięcia) dotacji państwowych i samorządowych. A to może być spory cios zwłaszcza dla polskich drużyn, które przecież w sporej części na takich wpływach polegają najbardziej. Takie ruchy rynkowe musiałyby doprowadzić do rewaluacji wartości pracy piłkarza i wszystkich wokół niego. To na pewno nie byłby łatwy proces. Możliwe jednak, że nie będzie innego wyjścia.

Piłkarski koniec świata?

To oczywiście scenariusze najczarniejsze z czarnych. Daleki jestem od stwierdzenia, że tak właśnie będzie. Mam nawet nadzieję, że co do większości spostrzeżeń jestem w błędzie. Niemniej jednak, nie są to też tezy wyssane z palca. W tym kontekście warto zastanowić się, czy w pościgu za rozrywką na najwyższym poziomie nie zatraciliśmy jakiś czas temu umiaru? I czy pewne sprawy, jak choćby najważniejsza z nieważnych, jaką jest piłka i pompowane w nią niebotyczne sumy, nie wymagają przewartościowania i poukładania od nowa? Lepszej okazji do poczynienia faktycznych zmian od globalnego kryzysu i zwrócenia uwagi ludzkości na wartość zdrowia, może już nie być.

Facebook Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *