Publicystyka

Cztery na trzy – cz.2

Gdy dwudziestego ósmego sierpnia dwutysięcznego jedenastego roku, minutę po wyczerpaniu się podstawowego czasu gry, Ashley Young, precyzyjnym uderzeniem z narożnika pola karnego, zdejmując “pajęczynę” z bramki Wojciecha Szczęsnego, ustalił wynik trzeciego meczu Arsenalu w sezonie 2011/12 na zawrotne 8-2 dla “Czerwonych Diabłów”, w północnym Londynie nikt już chyba nie miał wątpliwości, że długo już tak nie pociągniemy.

Lata po przeprowadzce na Emirates, wpisywały się w pewien schemat. Odpadamy z LM pomiędzy 1/8, a półfinałem, kończymy to na trzecim, to na czwartym, a co sezon odchodzi od nas filar zespołu. Nie inaczej było przed, wspomnianym na wstępie, jubileuszowym, stodwudziestympiątym rokiem istnienia The Gunners, jak i nie inaczej było po owym sezonie. Tamtego lata opuścili nas Cesc Fabregas i Samir Nasri, rok później zaś – Alex Song i – co bolało chyba najbardziej z całej czwórki – “Captain Vantastic” – dla którego wspomniany sezon był rozbłyskiem. RVP w istocie dźwigał nasz zespół, został królem strzelców, odszedł zaś do klubu, w meczu z którym padło owe dziesięć bramek.

Ekonomia – z greckiego sztuka gospodarzenia- prawami swoimi obejmuje w zbliżony sposób tak pojedyńcze jednostki pokroju stereotypowych biednych studentów, jak i miasta, kraje, ba – całe regiony i kontynenty. Tak szerokiemu uściskowi nie mógł uciec więc futbol – dziedzina życia, z roku na rok niestety coraz bardziej oparta na pieniądzu.

Mechanistyczna, produkcyjna mentalność, dziwnie wspólna dla komunizmu i korporacjonizmu – pełna jest dziur i wad, świat bowiem nie jest maszyną, lecz organizmem, w którym pewne rzeczy dzieją się spontanicznie. Podobnie świat futbolu – wielu piłkarzy z papierami na stadiony świata, zgubiło gdzieś swój glejt po drodze, inni zaś – niepozorni do czasu, wyłaniali się z nikąd, wnosząc swoje imię na tysiące gardeł. Futbolu nie da się przewidzieć, bo futbol to sztuka, przy której pędzlem macha od czasu do czasu los. Nie zmienia to jednak faktu, że plan biznesowy przydaje się i największym artystom.

Arsenal był w owym okresie klubem o ekonomii kolonialnej – pozyskiwał masowo surowiec na piłkarzy, by obrobić ich i sprzedać. O ile na papierze brzmi to bardzo zyskownie, o tyle jest pewien mankament – Arsenal był wtedy klubem ze ścisłej europejskiej czołówki – zaś okres ten był początkiem transferowego boomu. Kwoty transferów coraz częściej sięgały kilkudziesięciu milionów funtów, zaś raty kredytu na budowę stadionu bynajmniej się nie zmniejszały. Dziś stadion wybudować można spokojnie za Paula Pogbę, przy oszczędzaniu – nawet i za Cristiano Ronaldo. Za Neymara można mieć i stadion i Paula Pogbę. W tamtych czasach jednak, sto milionów było kwotą zawrotną.

W serii tej podjąłem się luźnej dywagacji na temat tego, co w obecnym okresie przejścia powinniśmy jako klub zostawić, a czego się pozbyć. Dawanie i branie to też ekonomia, choć przy odrobinie wysiłku – posiadać można nie dając w zamian nic materialnego. Pozbyć się więc musimy- bez cienia wątpliwości – statusu klubu sprzedającego, utrzymać zaś – obecną politykę transferową, która – po szalonym lecie i dwóch genialnie wykombinowanych wzmocnieniach zimowych – bez wątpienia nazwać można dobrą. Ale w tej sprawie – cóż… Better Call Raul!

Autor: Fabian Grzegorczyk

Facebook Comments