Publicystyka

“Cztery na trzy” – cz.1″

Arsenal. Klub z haubicą w herbie i wieloletnią tradycją gry niczym Rocky Balboa – bez gardy. Klub, z którego do niedawna śmiano się, że w najbardziej konkurencyjnej lidze, której czołówka pełna jest historii o wzlotach i upadkach, klub ów utrzymywał się przez lata w TOP4. Klub słynący z gry stojącej elegancją i finezją. Wreszcie klub, który wytrwale i z determinacją, latami znosił symptomy zbliżającego się przepoczwarzenia.

O tym, że czas kryzysu jest świetną okazją do dokonania istotnych zmian – wiemy na przykładzie Liverpoolu, który zdystansowany od TOP4 przez lata, na wygnaniu przemyślał swoje życie i dojrzał do roli, jaką w piłce pełni dziś, a która wpasowała się w historię. Nasz kryzys jest inny – jesteśmy bowiem, podobnie jak United – klubem, który legend ma wiele, ale symbole tylko dwa – jeden, wspomniany już w herbie i jeden żywy, który w gruncie rzeczy znaczy o wiele więcej.

Wenger pod pewnymi względami był geniuszem. Niczym fakir zaklinał swoją osobowością zaplątane piłkarskie zaskrońce, by te zatańczyły jak prawdziwe kobry. Czwarte miejsce zdobywał sprzedając gwiazdę co sezon, mając wieczne problemy z kontuzjami, w końcu grając najsłabszym i najmniej doświadczonym z angielskiej czołówki składem. W prologu pisałem, że nasz klub, by przebudować się skutecznie, musi, moim zdaniem – pozbyć się czterech elementów tożsamości, trzy zaś zachowując. Ta nierówno podzielona siódemka ma jednak dziwną cechę. Po obu stronach stoi bowiem Arsene Wenger.

Zarówno legenda naszego już-nie-ostatniego trenera, jak i będący częścią owej legendy styl, to rzeczy, które nam – fanom The Gunners przynoszą jeśli nie dumę, to pozytywne emocje. O samym Bossie pisać można całe serie felietonów, ja jednak skupie się na nim w kontekście tematu tekstu. Oto bowiem nasz klub, podobnie jak United – tkwi w osieroceniu przez swój ludzki symbol. Tak jak starszy człowiek, który najlepsze lata ma za sobą, siłą rzeczy więc tęskni za tymi czasami, tak i Arsenal wraz z United – przepełnione są nostalgią za swoim złotym wiekiem. Starszy człowiek odkłada perspektywę pójścia z duchem czasu z powodu własnej żywotności i faktu, że czuje się już na to za stary. Kluby nie mają takiego problemu.

Oto bowiem – sezony nadchodzą jeden po drugim, a końca rozgrywek piłkarskich nie widać, przez co zalewanie sobie głowy retrospekcjami jedynie rozprasza nas od naszego “tu i teraz”. Musimy pozbyć się tego z głowy. Pozbyć się Wengera, The Invincibles, Henry’ego i Bergkampa. Nie wyrzucamy tego jednak. Przenosimy, bowiem jest już odpowiednie dla tego wszystkiego miejsce. Tym miejscem jest piedestał, nie głowa. W głowie mamy mieć następne podanie, następną akcję, następny mecz, następny sezon. Wtedy – kto wie? Być może miejsca na owym piedestale potrzebować będziemy więcej i to szybciej, niż myślimy.

Autor: Fabian Grzegorczyk

Facebook Comments