Publicystyka

Ułożyć zespół jak własną fryzurę

Powoli oswajamy się z myślą o zatrudnieniu Mikela Artety na stanowisku menedżera Arsenalu. Nie jest to proste ze względu na fakt, że jego umiejętności na tym stanowisku są jedną wielką niewiadomą. A jednak to miła odmiana – z niecierpliwością oczekiwać na to, co przyniesie przyszłość, po ostatnich latach popadania w marazm. Powiew świeżości, jaki oferuje Hiszpan, może być zbawieniem dla wielu z nas – nawet, gdy jego misja zakończy się niepowodzeniem, to podmuch zupełnie nowej filozofii i spojrzenia na futbol powinny pozwolić nam wreszcie odetchnąć pełną piersią.

Przyznam szczerze, że z ogromną niecierpliwością czekałem na czasy, kiedy na ławkach trenerskich zasiądą ludzie, których lwią część piłkarskich karier miałem okazję śledzić na żywo, w czasie rzeczywistym. Zawsze byłem bardzo ciekawy nowego pokolenia trenerów, grającego w piłkę już w XXI wieku – bez hektolitrów wódy, ton tytoniu, bez sztucznych wrzasków i męskich ego pompowanych zbędną agresją, za to z chillem, nieustannie płynącą z głośników w szatni muzyką, wiecznym połączeniem ze światem przez social media i nieodłącznie z nimi związanymi smartfonami. Czekałem z ekscytacją na trenerów, którzy zrozumieją dzisiejsze młode pokolenie. A teraz chcę zobaczyć, jak sobie poradzą.

I to nie jest tak, że kiedyś była patola, a teraz jest super. Albo, że kiedyś to były czasy, a teraz nie ma czasów. Z rozrzewnieniem wspominam takich walczaków jak Adams, takich świrów jak Cantona, takich totalnie odklejonych od rzeczywistości wirtuozów jak Maradona. Jednocześnie mam świadomość, że w dzisiejszym futbolu oni by przepadli, byliby co najwyżej jednymi z wielu i nikt po latach by o nich nie wspominał. Teraz jest po prostu zupełnie inaczej i najwyższy czas zacząć się do tej nowej, cyfrowej ery dostosowywać. I niezwykle cieszy mnie, że w tym kierunku poszedł właśnie nasz Arsenal. Bo 3,5-letnia umowa dla niedoświadczonego Artety jest wyraźnym, stanowczym oświadczeniem zarządu w tej kwestii.

Miodem na poranione serce Kanoniera powinno być zobaczenie nowego szkoleniowca pierwszej drużyny już pierwszego dnia witającego się serdecznie z każdym fotografem, fizjoterapeutą, sekretarką, czy sprzątaczką, a następnie wpadającego w uściski zawodników. “Zrozumienie” to słowo-klucz definiujące Artetę jako opiekuna The Gunners. Przenika ono przez wiele płaszczyzn. Po pierwsze, to zrozumienie filozofii Klubu. Po drugie, to zrozumienie oczekiwań fanów i rangi tej marki. Po trzecie, to zrozumienie specyfiki szatni. Po czwarte wreszcie, to zrozumienie charakterów, które tę szatnię kreują, czyli samych piłkarzy.

Mówi się wiele o tym, że to za duży klub dla debiutanta na stanowisku trenera. Mam jednak wrażenie, że jeżeli Arsenal miał w planach zatrudnić kiedyś Hiszpana, to nie mógł trafić na lepszy moment niż teraz. Teraz, czyli…? Czyli kiedy drużyna jest w kompletnej rozsypce. Kiedy wielu zawodników jest sfrustrowanych porażką, jaką był projekt Unaia Emery’ego. Kiedy właściciele są gotowi rzucić pieniądzem, by przedefiniować Arsenal FC i przeobrazić go w korporację zarabiającą dzięki sukcesom sportowym, a nie tylko sprzedaży aktyw, jak było w ostatnich latach kadencji Wengera. Kiedy kibice są na skraju załamania nerwowego. Kiedy, czego się nie dotkniesz, wypadają kolejne trupy z szafy. To są właśnie idealne okoliczności na rewolucję. Zamknięcie pewnych rozdziałów i rozpoczęcie pisania nowej historii tego klubu. Tu już tak naprawdę nie ma się na czym opierać. Potrzebne jest wyburzenie ścian, skucie fundamentów, zaoranie ziemi i stuprocentowo nowe otwarcie. Na to właśnie liczę, tego musimy oczekiwać.

Nie spodziewam się, by wszystko od razu zadziałało. Byłoby to nawet przerażające i niebezpieczne dla dalszego trwałego rozwoju. By budować drużynę na swoją modłę, należy jednak najpierw oddzielić ziarno od plew i właśnie takie grube sito w akcji chciałbym ujrzeć w nadchodzących dwóch okienkach transferowych. Najpierw w zimie, załatwiając tylko palące kwestie, jak Xhaka, czy Ozil, a potem w lecie, jadąc już grubo po bandzie. Arsenal i ostre zakupy? Mrzonki… A wcale nie! Nie wierzę, że Arteta zawitałby na Emirates Stadium bez gwarancji przebudowy. I nie wierzę też, że Hiszpan, nasz kapitan, da sobie jakkolwiek wejść na głowę – czy to przez piłkarzy, czy to przez dyrektorstwo. Nie po to podpisywał ten kontrakt. Nie po to porzucił City…

Co do tego, że bieżąca kampania jest już praktycznie stracona (oprócz Ligi Europy), jesteśmy chyba wszyscy zgodni. Mimo to, założę się, że po kolejnych porażkach bardzo szybko pojawią się głosy #ArtetaOut. Powiem Wam tak: pewna formuła, z której Arsenal korzystał do tej pory, ewidentnie się wypaliła. A wraz z nią, choć niewiarygodnie przykro mi to przyznać, wypalili się też piłkarze obecnie występujący z armatką na piersi. Wskrzeszenie w nich zapału do pracy w tym samym składzie personalnym, pragnienia wygrzebania się z gówna, w którym są umaczani po uszy, to zadanie z kategorii mission impossible. Po najbliższym półroczu nie obiecuję sobie wiele. Nie marzę nawet o korzystnych wynikach, wielkich meczach, spektakularnych triumfach. Liczę tylko na jedno – zobaczenie sznytu Artety, jego etyki pracy i pomysłu na funkcjonowanie Arsenalu w przyszłości. A reszta? Przez tyle miesięcy nieustannie pikowaliśmy. Przymknijcie jeszcze oko na wyniki, nawet na styl… Dopóki to nie będzie czysta drużyna made by Mikel Arteta. Patrzcie perspektywicznie. I przypominajcie mi te słowa, gdybym czasem kiedyś odleciał…

Cierpliwości, moi mili, bo tego w naszym przypadku nigdy za wiele. I, korzystając z okazji, jak najwięcej powodów do uśmiechu przez cały kolejny rok – dzięki Arsenalowi, dzięki mnie i dzięki wszystkim ludziom, których będziecie spotykać na swojej drodze. A teraz… Odłóżcie już telefon, wyłączcie komputer i wracajcie do rodziny! Wszystkiego dobrego!

Facebook Comments