Publicystyka

“Bez tytułu, wyników i stylu…”cz.2

W piłce, jak i wszędzie indziej, punkt odniesienia jest podstawą do oceny stanu rzeczy. „Gdzie wszyscy śmierdzą, tam nikt nie śmierdzi”, milioner zaś, żyje skromnie w odniesieniu do miliardera. I chociaż często porównywanie osób między sobą jest krzywdzące w swoim upraszczaniu (słynny przypadek porównania oceny z kartkówki do kolegi z ławki), to jeśli jednak przeanalizujemy dokładnie wszystko wokół, możemy, wciąż subiektywnie, ale możemy – określić gdzie właściwie jesteśmy.

W piłce ma to szczególne znaczenie, sport bowiem polega na rywalizacji. Piłkarze rywalizują o miejsce w składzie, kluby o miejsce w lidze, a ligi o miano najlepszej. Uważana za najbardziej kompetytywną, angielska Premier League to prawdziwy kocioł skomplikowanych historii pełnych wzlotów i upadków.

Tytuł (a raczej jego brak) tego felietonu to nie przypadek. Były bowiem drużyny, które zdobywały tytuły bez stylu, pokonując te, które ze stylem i wynikami ustępowały im jedynie o maleńki kroczek, jak i te, które grając bez finezji, pomimo braku tytułów, miały jako-takie wyniki. Oceniając siebie, patrzymy nie tylko przez pryzmat innych, ale i nas z przeszłości. Takim pryzmatem jest dla The Gunners epoka Wengera. 22 lata wzlotów i upadków, które stworzyły legendę Francuza jako „więcej, niż trenera”, wpisane są już w tożsamość Arsenalu, jak chociażby husaria w polskość. Kanonierzy za Wengera byli drużyną (a w zasadzie całą plejadą drużyn na przestrzeni lat), której nigdy nie brakowało stylu, zawsze miała jakieś wyniki, a i gablotę udało się jej zapełnić tytułami. Nawet w schyłkowym okresie, Wenger regularnie wygrywał FA Cup i Tarczę Wspólnoty. Stylu nie można im było odmówić nigdy – nawet gdy był nieskuteczny, to zachwycał finezją i techniką. Wenger był filozofem, romantykiem futbolu. Mógł oddać wyniki, ale kompozycja gry stać musiała zawsze na pewnym poziomie.

Emery mógł zdobyć swój pierwszy tytuł już w debiutanckim sezonie. W fatalnym stylu jednak, przegrał końcówkę sezonu, czego wynikiem był brak jednoznacznego kroku naprzód. „Specjaliście od LE” niespecjalnie jednak udał się finał w Baku, o finale sezonu nie wspominając. Tytułów nie trzeba zdobywać co sezon – w szczególności będąc klubem Premier League. Liverpool Kloppa swoje pierwsze wielkie trofeum zdobył w minionym sezonie, a mimo to, przez ostatnie lata stał się niekwestionowanym członkiem ścisłej czołówki futbolu. The Reds mieli bowiem styl i wyniki.

Wyniki, choć częstokroć niesprawiedliwe i będące jedynie suchymi liczbami, są wciąż najważniejszą jednostką futbolowej miary. Tottenham Pochettino, drużyna wyśmiewana przecież za gablotę równie pustą, jak trybuny na Etihad, wyniki owe miał – pomimo ostatniego zwolnienia spowodowanego głębokim kryzysem klubu. Koguty doszły do finału Champions League, regularnie kończyły w TOP4, a ostatnimi laty konsekwentnie broniły trofeum „Ukończyliśmy Ligę nad Arsenalem”. Poprzedni sezon dla Arsenalu jest pod tym względem pełen sprzeczności – seria zwycięstw, przedłużona o mecze bez porażki, by właśnie fatalnymi wynikami pod koniec sezonu zepsuć dobre wrażenie.

Styl to miara najbardziej subiektywna. Po niedawnej porażce po karnych w szalonym 5:5 na Anfield, nie byłem zły, czy też rozczarowany – czasem bowiem (nie co tydzień, ale czasem), lepiej jest zobaczyć jak Twoja drużyna przegrywa po fenomenalnym widowisku, niż wygrywa 1:0 po golu z rzutu karnego, parkując busa przez 90 minut. W futbolu nie ma nic stałego, a więc i styl Emerego ewoluował – od gry „fałszywymi skrzydłowymi”, przez zasadę braku czystych kont i wystawianie dwóch napastników po… zniknięcie ostatnimi czasy. Oddać trzeba jednak cesarzowi co cesarskie i przyznać, że nawet ten, naznaczony kryzysem sezon miał już swój momenty – pod postacią tak wspomnianego dreszczowca na Anfield, jak i meczu z Aston Villą na Emirates. To jednak przebłyski, pośmiertne drgawki stylu, który niechybnie oddala się w ciemną toń agonii. I choć do przełknięcia jest tak stylowa gra bez tytułu i z przeciętnymi wynikami, zdobywanie tytułów po najniższej linii oporu, czy też utrzymanie pewnego poziomu wyników pomimo pustej gabloty, to obecnie Arsenal nie spełnia normy w żadnej z tych miar, zaś kryzys w szatni nie napawa optymizmem.

I choć byłem jednym z najwytrwalszych obrońców Wengera, a i Emeremu starałem dać się kredyt zaufania – wynikiem stylu, jaki przybrała jego kadencja na czele The Gunners, jak wielu z Was chciałbym móc już nadać mu tytuł BYŁEGO trenera.

AUTOR: Fabian Grzegorczyk

Facebook Comments