Publicystyka

Właściwie czemu nie?

Sport, podobnie jak polityka i religia, często wywołuje skrajne emocje. Ludzie, chcąc oderwać się od swojego codziennego życia, dają się ponieść instynktom, dlatego nierzadko dzieje się tak, że kibice kogoś uwielbiają albo, w gorszym przypadku, nie znoszą. Właśnie w tych dziedzinach dzięki tej cesze spotykamy postaci, które kochamy, gdy mamy je po swojej stronie, a nienawidzimy, kiedy jesteśmy w obozie przeciwnym. Warto zauważyć, że zazwyczaj nie są to “szaraki”, lecz geniusze w swoich dziedzinach. Ale czy tacy bohaterowie nie mogą się “nawrócić”? Czy dla własnego dobra nie warto dać im szansy dołączenia do “naszego grona”, gdzie może służyć nam swoją wiedzą i umiejętnościami? Bo właściwie czemu nie?

Jeszcze kilka lat temu nie do pomyślenia było, że ktoś taki jak Jose Mourinho może być brany pod uwagę przy obsadzie stanowiska szkoleniowca Arsenal FC. I pomijam tu całkiem fakt, że niedawno jeszcze o nikim tak nie mogliśmy pomyśleć ze względu na okupowanie tej posady przez Arsene’a Wengera. Raczej kieruję swoje myśli na dwa inne aspekty.

Po pierwsze, Portugalczyk był w szczerej pogardzie i nienawiści u każdego fana The Gunners ze względu na niekończące się przytyki zarówno do Klubu, jak i personalnie do Wengera oraz z powodu jego buty i arogancji. To tak, jakby osoby decyzyjne w Platformie rozważały kandydaturę Kaczyńskiego na prezesa ich partii. Delikatnie mówiąc, bez szans.

Po drugie – choć ciężko to przechodzi przez klawiaturę, a co dopiero przez gardło – Arsenal był zbyt mało poważnym graczem na arenie krajowej i międzynarodowej – nawet nie pod względem wyników, a potencjału kadry i możliwości finansowych na rynku transferowym. Nie byliśmy w stanie zaoferować takich pieniędzy piłkarzom jak choćby Manchester United. Nie mieliśmy też w swoich szeregach zbyt wielu zawodników światowej klasy. Trzymając się wcześniejszego, nieco niebezpiecznego, ale adekwatnego porównania, oprócz napięć czysto emocjonalnych, po co Kaczyński miałby zamieniać ekipę rządzącą na kogoś będącego od paru ładnych lat za jego plecami? Absolutnie nielogiczne.

Trochę wody w Tamizie od tych czasów już jednak upłynęło i okoliczności diametralnie się zmieniły. Arsenal stanął na nogi i jest budowany na bardzo solidnych fundamentach organizacyjnych oraz finansowych. To wreszcie klub, który dzięki wsparciu jego właścicieli i sprytnym zagrywkom wybitnego dyrektora sportowego, jest w stanie zatrudnić każdego. Jedyną okolicznością, która od północnego Londynu odstrasza, jest brak poważnego szkoleniowca, a co za tym idzie – brak oczekiwanych wyników, co znowu powoduje brak Ligi Mistrzów na Emirates Stadium. Wydaje mi się, że pod względem atrakcyjności na liście chętnych do współpracy z Jose bez wstydu stoimy obecnie na tej samej półce, co Real czy PSG. A może ze względu na zaszłości nawet odrobinkę wyżej. Emocje wśród fanów, jakie swoją osobą wywoływał Mou, też już nieco opadły. Dlatego teraz kreowana przez media kandydatura “The Special One” już tak nie szokuje. Wielu z nas dalej pozostaje konserwatywna w tej kwestii. Jednak część już powoli zaczyna układać sobie w głowie myśl, jak by to było z Mourinho u steru… Jak pewnie nie trudno się domyślić, ja w tym temacie jestem jak najbardziej postępowy i staram się mieć otwarty na nowe rozwiązania umysł, nie zamykając ciekawych ścieżek przez dawne urazy. I mnie projekt pt. “Mourinho w Arsenalu” w stu procentach jara i podnieca. Change my mind.

Dwukrotny mistrz Portugalii, dwukrotny mistrz Włoch, trzykrotny mistrz Hiszpanii, trzykrotny mistrz Anglii, zdobywca Ligi Europy i dwukrotny triumfator Ligi Mistrzów, o pucharach i superpucharach krajowych nie wspominając. Wreszcie, za swoje wybitne osiągnięcia i ogromny wkład w rozwój futbolu czterokrotnie nagradzany statuetką najlepszego trenera na świecie przez FIFA. Jego gablota mówi sama za siebie.

“Ale Mourinho umie tylko murować, a to już przeżytek w dzisiejszej piłce”. To jasne, że każdy szkoleniowiec ma swoje własne, niepodrabialne spojrzenie na futbol i zawsze próbuje je wpoić swoim zawodnikom. Niezaprzeczalnym faktem jest, że Mou zdążył zapisać się już złotymi zgłoskami w historii kopanej, prawda? Czy sądzicie, że tak wybitny umysł i znawca, jak on, nie widzi w którą stronę zmierza piłka i jak te najnowsze trendy wykorzystać? Czy naprawdę jesteście przekonani, że Portugalczyk nie ogląda meczów innych drużyn, a nawet jeśli ogląda, to nic do siebie nie przyjmuje? Czy wreszcie sądzicie, że po niespełna rocznej przerwie od prowadzenia zespołu nie nabrał on odpowiedniej perspektywy i nie potrafi wymyślić planu, jak można się przeciwstawić ofensywnym maszynom pokroju Liverpoolu czy Manchesteru City, wykorzystując ich mankamenty? No bo chyba nie powiecie mi, że te mankamenty nie istnieją, prawda…? Dobry trener ma przemyślaną taktykę i dostosowuje do niej zachowania swoich podopiecznych. Wybitny trener potrafi dostosować optymalną taktykę do posiadanych zasobów ludzkich. Jest niczym Bear Grylls. Improvise. Adapt. Overcome.

Zostaliśmy przez Arsene’a Wengera bardzo rozpieszczeni urzekającym wręcz stylem gry. To właśnie dzięki “Wengerball” zakochałem się w Arsenalu i trwam w tym uczuciu do dzisiaj, mimo wiatru w oczy. Francuz powiedział kiedyś przepiękne zdanie, pod którym podpisałbym się rękami i nogami, że piłka nożna ma być przede wszystkim rozrywką dla kibiców, a dopiero potem gonitwą za trofeami. Oglądający mecz ma przeżywać zachwyt nad grą, podziwiać, nawet gdy na tablicy świetlnej widnieje niekorzystny rezultat, a nie załamywać ręce nad “męczeniem buły” przez jego idoli. Romantyczne i celne spostrzeżenie – choć nie do końca. Bo czy fani Chelsea albo Atletico w chwilach ich największych sukcesów (i zarazem największego “parkowania autobusu”) faktycznie narzekali na walory estetyczne? Czy może fruwali pod niebiosa z euforii? Czyż nie dla takich emocji interesujemy się piłką? Faktycznie – Wengera nigdy w życiu nie zastąpiłbym panem Mourinho. Ale Emery’ego…? Głupie pytanie.

Wielokrotnie myślałem sobie: “Ale z tego Mourinho jest buc”. Przy czym warto dodać, że w moich rejonach to określenie ma znacznie mocniejszy wydźwięk, niż choćby w stolicy. Jego wypowiedzi na przedmeczowych konferencjach czy w licznie udzielanych wywiadach naprzemiennie bulwersowały lub wywoływały pusty śmiech i pożałowanie. Ale to wszystko miało przeważnie jakiś głębszy sens. Na drzewku umiejętności, doskonale znanym każdemu fanowi RPG, Mou ewidentnie maxował perswazję i ogólnie pojętą psychologię. Grał na emocjach tłumu, grał na emocjach zawodników. Zdejmował z nich całą presję, kiedy uważał, że to potrzebne. Za chwilę nakładał na nich tę samą presję, by pobudzić ich do wytężonej pracy. Gnoił publicznie jednego zawodnika, chcąc go zmotywować i wywołać piłkarską złość, a gdy osiągnął zamierzony efekt, skoczyłby za nim w ogień. Tymczasem, w szatni Arsenalu skonfudowani gracze zastanawiają się, co robić, wciąż nie wiedząc czego tak naprawdę Emery od nich oczekuje… Taktyka i założenia na mecz to jedno. Zamieszanie z wyborem kapitana, a po części w konsekwencji wybuch Granita Xhaki, schowanie do szafy Lucasa Torreiry czy publicznie wyartykułowane odsunięcie od drużyny Mesuta Ozila to znacznie poważniejszy zarzut. Tak szacunku i posłuchu w szatni się nie zdobywa. A bez tego ciężko o jakiekolwiek sukcesy.

Oczywiście, Jose Mourinho to także trener, którego formuła i sposób prowadzenia relacji z podopiecznymi po pewnym czasie (raczej krótszym niż dłuższym) zupełnie się wyczerpuje. Dlatego też nie jest to rozwiązanie na lata, a pomysł na już. Przygoda, której nie zapomnielibyśmy do końca życia, ale której nie można ciągnąć za długo, by nie zwariować. Niczym weekend w Las Vegas. Przejażdżka rollercoasterem. Albo bardziej wakacyjny romans. Przez chwilę może być wyjątkowo. Dawka emocji i adrenaliny na poziomie stanu przedzawałowego. W końcu jednak trzeba to przerwać i wrócić do szarej, często zburzonej przez taki “wyskok”, rzeczywistości i budować na nowo od podstaw. Zdaję sobie sprawę z destrukcyjnych efektów działania Mou. Ale chciałbym na chwilę jako kibic poczuć się naprawdę wyjątkowo. Czy na taki skrajny ruch zdecyduje się zarząd Arsenalu? Nie wiem, ale osobiście byłbym gotów porwać się takiemu szaleństwu na moment… Wyjść na piłkarski Mount Everest, nawet wiedząc, że zaraz trzeba będzie zlecieć z niego na ryj. Bo właściwie czemu nie?

Facebook Comments