Publicystyka

Arsenal F.C. – Przyszłość, przeszłość, teraźniejszość.

Czas jest iluzją. Ludzie często przypisują mu, w żeglarskiej nomenklaturze – iż płynie on nieubłaganie. Być może w istocie tak jest. Ale to nie jego kaprys. Wszystko płynie. Nigdzie nie ma stałości. Każda chwila jest w istocie wyjątkowa, a z każdą sekundą świat, jaki nas otacza, jak i my sami – jesteśmy unikatowym stanem przejściowym. Doskonale zauważyć da się to fotografując jeden obiekt codziennie przez dłuższy czas. Na przykład drzewo. W istocie nigdy nie będzie ono już takie samo, co dzień ewoluując w swoim drzewnym cyklu. Tak samo w futbolu.

Gry piłkarskie typu FIFA, czy PES zmieniły w pewnym sensie sposób postrzegania futbolu przez masowego odbiorcę. Oto bowiem w świadomości owego odbiorcy pojawił się mechanizm wartościujący umiejętności przykładowego Lewandowskiego. Zamiast myśleć „świetny napastnik”, myślimy „89”, zamiast „młody talent” – „potencjał pomiędzy 86 a 92”. System ten, będący dobrym kompromisem pomiędzy realizmem, a nie-paleniem-naszych-procesorów, jest jak najbardziej do zaakceptowania w świecie wirtualnym, jednakowoż w tym rzeczywistym jawi się jako nie tyle uproszczenie, co iluzja. Iluzja, która nadaje naszym prostym umysłom bezpieczną strefę pozornej stałości. W futbolu bowiem znacznie bardziej, niż szacowana ocena umiejętności pomiędzy 1 a 100, liczy się najbliższa piłka.

Jeśli czas, podobnie jak wszystko – płynie, choć to dosyć mocno niedoprecyzowane określenie – to na podobieństwo cieczy jesteśmy w stanie nim delikatnie manipulować – tak fantazjami na temat przyszłości, retrospekcjami, czy pozornym określaniem czym w istocie jest owo „teraz”. Gdy jesienią 2007 roku zostałem sympatykiem Arsenalu, byłem zaintrygowany świetnym początkiem sezonu Kanonierów, z niedowierzaniem wspominając poprzednie lata, gdy nie byłem zbytnio zainteresowany futbolem. Pamiętam jak po hat-tricku nastoletniego Walcotta przeciwko Chorwacji, snułem w głowie wizje Theo jako „naszego Messiego”, nie wiedząc jeszcze kim stanie się Argentyńczyk. Urodzony w roku, w którym Wenger objął Arsenal, wchodząc ledwo w drugą dekadę życia, oglądałem z zapałem zespół zlepiony z obiecujących zawodników wchodzących w trzecią. Z uśmiechem wspominam swój ówczesny „skis”, gdy zobaczyłem, że „trener na imię ma prawie jak klub”. Nie wiedziałem w co się pakuję, wiążąc się z tym klubem. Parafrazując internetowe mądrości – „She’s a mess, but she’s a masterpiece”.

Arsenal „późnego Wengera” to klub w swej istocie paradoksalny – niesamowicie łączył w sobie tak omówioną przeze mnie wcześniej niestałość z powtarzalnością. Plecionka miejsca trzeciego z czwartym przy jednoczesnej niemożności przyzwyczajenia się do jednej gwiazdy, jednego kapitana, czy braków kadrowych na jednej pozycji. Odchodzący Henry pozostawił schedę Eduardo, którego sny o wielkości dosyć szybko ukróciła kontuzja. Jego rolę przejął Adebayor, by po pierwszym lepszym sezonie oddać ją Fabregasowi, czy Nasriemu, których szybko zastąpili RVP i Alex Song. Chleb powszedni w „selling club”. W końcu i sam Wenger stał się przeszłością, ale jego osoba to materiał na zupełnie osobną historię. To jednak, co było – zdeterminowało stan obecny. Mowa tu o zarówno sukcesach zawartych w gablocie, tych pod postacią piętna odciśniętego na tożsamości klubu, jak i okresie niepowodzeń, który jest tu szczególnie ważny. Porażki bowiem hartują ducha. Podobno. Czasem też łamią, sprawiają ból, po którym nie jesteśmy już się w stanie podnieść. Ból sam w sobie jest mechanizmem diagnostycznym organizmu. Boli? Coś jest nie tak, jak być powinno. Napraw. Ryba psuje się od głowy.

Joshowi Kroenke nikt nie wierzył. Jego ojciec, znienawidzony przez fanów za brak zainteresowania klubem, czy „akcję rancho”, został, po odejściu Wengera, pierwszą osobą do „<nazwisko>-out!”, wyprzedzając nawet pewnego niemieckiego stopera z albańskimi korzeniami. Gdy jednak chcemy coś zmienić, słowa nie wystarczą, nawet z ust najbardziej wiarygodnego mówcy. Emery w debiutanckim sezonie pokazał potencjał. Nowa twarz Arsenalu, będąca zlepkiem facjat obu naszych napastników była ładna, choć zaniedbana. Gruntowna restrukturyzacja klubu, przypieczętowana udanymi transferami tak na, jak i poza boiskiem, dała nam nowy grunt pod nogami. Wizję przyszłości. Torreira i David Lui… Guendouzi okazali się być strzałem w sam środek tarczy, czy też tutaj – w samo okienko, potem zaś jednak wyszło na jaw, kto był golem sezonu. To Raul Sanllehi.

Trzymające w niepewności przez długie tygodnie okienko przyprawiało fanów The Gunners o nerwicę. Świetnie rozpuszczone plotki o rzekomych 45 milionach funtów budżetu, długie negocjacje w sprawie Saliby, czy Tierney’a, wypożyczenie Ceballosa, by w końcu wyciągnąć dwa asy z rękawa niespodziewanymi transferami Pepe i Guend… Davida Luiza. Koniec końców, sezon się zaczął, Ceballos i Pepe błysnęli, dając próbkę umiejętności przed zasadniczą fazą sezonu, a my, pokonawszy dwa średniaki, przegrawszy na wyjeździe ze zwycięzcami Ligi Mistrzów, przed przerwą na mecze reprezentacji w głupi sposób daliśmy sobie wyrwać derbowe zwycięstwo, które jednak stało się remisem w pięknym stylu. Bunkrów nie ma, ale jest gdzie popłynąć fantazjami.

Pisząc to, wyobrażam sobie śmiech jakiegoś jedenastolatka na „Good Ebenin!”, pustkę, jakiej musiał zaznać po przegranym finale LE, jak i jego fantazje na temat „przyszłej kocurowatości” Nelsona, Nketiaha, Willocka, czy Matteo Guendouziego. Wyobrażam sobie jak „tym razem na stałe” opaskę przejmuje powracający do wielkiej formy Holding, grający w parze z genialnym Salibą. Wyobrażam to sobie w szczerym optymizmie i wierze, że przyszłe pokolenie fanów Arsenalu doświadczy już tych „lat tłustych”. Moment… Jedenastolatkowie w tym roku urodzeni są w 2008 ? Słodki Jezu, jak ten czas leci. Na szczęście jednak, czas to iluzja.

Autor: Fabian Grzegorczyk

Facebook Comments