Publicystyka

Cofnąć się do przodu

Czy można jednocześnie cofnąć się i zrobić krok do przodu? Nonsens! Gdy jednak chwilę się nad tym zastanowimy, dojdziemy do prostego wniosku, że wszystko zależy od perspektywy. Coś musi stracić, by coś innego mogło zyskać. Na tym polega balans, którego znalezienie gwarantuje sukces w każdej dziedzinie życia. I nie inaczej jest w futbolu.

Arsenal od wielu lat powtarzał wciąż te same błędy, które wykluczały go z gry o poważne trofea – czy to europejskie, czy też na własnym podwórku. Jednym z nich, szczególnie dotkliwym w Premier League, ale także weryfikującym szybko miejsce w szeregu The Gunners w rozgrywkach Ligi Mistrzów był problem z osiągnięciem korzystnego rezultatu w meczu, w którym nie do końca “idzie” tak, jak powinno. O tym, że Kanonierzy w “środowisku idealnym”, a więc w spotkaniu, w którym od początku gra się klei, każdy z zawodników jest pewny siebie, w dobrej formie fizycznej i mentalnej, zdrowy, wypoczęty i dodatkowo wspierany przez rzeszę kibiców, a murawa jest odpowiednio przygotowana, są w stanie pokonać każdego, nie możemy mieć najmniejszych wątpliwości. Ekipa, która zbiera się na Emirates Stadium od zawsze jest pełna utalentowanych i bardzo uzdolnionych technicznie graczy o wybujałej fantazji i wyobraźni, a także fantastycznych predyspozycjach do gry na małej przestrzeni. To właśnie Kanonierzy rok po roku notują najbardziej efektowne bramki po akcjach zespołowych na całych Wyspach, a nawet jedne z najlepszych w Europie. Grę Arsenalu momentami ogląda się z zapartym tchem, a ręce same składają się do gromkich braw. No właśnie, momentami. A co, jeśli choć jeden z warunków przestaje być spełniony? Wtedy zaczynają się schody. Ale to właśnie z tym powoli na naszych oczach próbuje usilnie walczyć Unai Emery.

To wręcz niewyobrażalne, jak diametralnie różnią się w tym roku kalendarzowym wyniki osiągane przez Arsenal przy Ashburton Grove w porównaniu do spotkań wyjazdowych. 7/7 zwycięstw w samej Premier League u siebie imponuje. Natomiast tylko dwie wygrane i dwa remisy na osiem ligowych potyczek to spory zawód. Inne boisko, inni ludzie na trybunach, inne nastawienie rywali, inne podejście samych zainteresowanych i już cała misternie budowana maszynka przestaje poprawnie funkcjonować. Do tej pory zawsze brakowało planu awaryjnego, swoistego wyjścia ewakuacyjnego. Wydaje się, że powoli coś w tym kierunku drgnęło, czego dowodem może być chociażby ostatnie spotkanie z Watfordem. Wyszarpane, wymęczone, niemal wybłagane. Ale było. Emery widzi, że jest pewien problem, który blokuje jego podopiecznych przed osiąganiem sukcesów w delegacjach. Chyba nie jest w stanie na razie jasno go zidentyfikować, więc jedyne, co może na razie zrobić w tym kluczowym dla całego sezonu momencie, to walczyć z objawami, a nie samą chorobą. To rozwiązanie tymczasowe, ale chyba jedyne słuszne. Dlatego też Hiszpan uczy swój zespół cierpieć. Nie z własnego wyboru niczym średniowieczni asceci, czy bez większego celu jak masochiści, a z konieczności, mając z tyłu głowy szerszą perspektywę. I ta nauka zaczyna dawać efekty. “Najpierw powoli, jak żółw, ociężale, ruszyła maszyna po szynach ospale”. Miejmy nadzieję, że w końcówce tej kampanii, a szczególnie jutro na stadionie w Neapolu ten trend zostanie skutecznie podtrzymany.

Arsene Wenger często powtarzał, że w piłce liczy się przede wszystkim efektowność i sprawianie przyjemności kibicom piękną grą. Emery nie zapomniał o tych słowach i spuściźnie legendarnego już szkoleniowca, ale zdaje się podchodzić do niej zdecydowanie ostrożniej, niż sam Francuz. Wygląda to trochę tak, jakby wziął kartkę papieru, ołówek i nakreślił prosty wykres: po prawej stronie umieścił atrakcyjność i widowiskowość gry, a po lewej pragmatyczne dążenie za wszelką cenę do sukcesów. Żadna z tych dróg nie do końca wydaje się mu pasować – i dobrze, bowiem rzadko ekstremalne i radykalne filozofie przynoszą realne korzyści. Dlatego próbuje znaleźć optimum gdzieś pośrodku. Chce cofnąć klub na tej osi liczbowej, by finalnie jednak popchać go krok do przodu. I w tym działaniu powinniśmy go wspierać, przestając traktować takie zwycięstwa jak z Watfordem niczym potwarze.

Po poniedziałkowym spotkaniu pojawiło się wiele głosów krytyki. I fakt, osłabione czerwoną kartką “Szerszenie” nie powinny były stworzyć sobie aż tylu dogodnych okazji do wyrównania. Jednak Kanonierzy jako zespół wykazali się tego dnia bardzo wysoką inteligencją. Widząc niesłabnący napór gospodarzy, nie tylko cofnęli się, ale spowolnili rozgrywanie akcji do minimalnych obrotów. Wszystko to, by wybić drużynie Javiera Garcii argumenty z ręki. Gospodarze nie dawali wytchnienia defensywie Arsenalu, co nie spodobało się wielu kibicom, ale zauważmy, że mimo aż 11 oddanych przez nich strzałów, Kanonierzy realne problemy mieli maksymalnie dwukrotnie – oprócz ustrzelonego słupka raz wysokimi umiejętnościami musiał wykazać się Bernd Leno. Aż 5 prób potencjalnie groźnych uderzeń zostało zablokowanych przez obrońców. Pewnie nie tak przebieg tego spotkania wyobrażali sobie sami piłkarze klubu z północnego Londynu, jednak potrafili zostawić swoje ego w kieszeni i zaadaptować się do warunków na boisku. Wytrzymali i wreszcie przywieźli do domu cenne trzy punkty.

I właśnie takiej postawy spodziewam się podczas jutrzejszej rywalizacji z Napoli. W pierwszym meczu zdołali oni wypracować sobie względnie bezpieczną przewagę i ich zadaniem na czwartek jest przede wszystkim jej bronić. Inaczej, przy ich nerwowych występach na wyjazdach i nie do końca solidnej defensywie, mogą się lekko zdziwić. Tym razem po naszej stronie będzie jeszcze stać zasada goli strzelonych na wyjeździe, bowiem choćby jedno trafienie Kanonierów praktycznie stawia włoską ekipę pod ścianą, co może okazać się kluczem do sukcesu. Inaczej sprawa może wyglądać w pozostałych wyjazdowych rywalizacjach w Premier League, szczególnie z Wolverhampton oraz Leicester. Kanonierzy, nie zrywajcie ze swoich występów etykietki “Gwarancja wysokiej jakości”, bo za to kochamy ten klub. Ale jeżeli nie będziecie w stanie zmiażdżyć rywali czysto piłkarskimi umiejętnościami, nie przejmujcie się. Czasu na pracę nad stylem i jego konsekwentnym egzekwowaniem będzie jeszcze sporo. Bo nie wierzę, że Emery go nie dostanie. Po prostu wygrajcie. A my obiecujemy się tymi zwycięstwami już tak nie zamartwiać… Przynajmniej spróbujemy!

Facebook Comments