Publicystyka

Palcem po Europie

Rozgrywki ligowe we wszystkich znaczących europejskich krajach wkraczają już w kluczową fazę. Napięcie sięga niejako punktu kulminacyjnego – w przestrzeni wisi ogrom znaków zapytania, które do tego momentu tylko przybywały, a od teraz będą sukcesywnie wraz z kolejnymi meczami znikały. Także i w europejskich rozgrywkach nadszedł czas odpowiedzi. Dla Arsenalu w ciągu całych tegorocznych rozgrywek EL ten pytajnik był minimalny, by nagle w ćwierćfinale pucharu urosnąć do gigantycznych rozmiarów. Wszystko to za sprawą włoskiego Napoli. Czy The Gunners są już gotowi na (choćby drugiej kategorii) pierwszy w nowej historii futbolu triumf międzynarodowy?

Swoją drogą, jakże znamienny jest fakt, że w chwilach takich jak faza pucharowa ważnego turnieju czy końcowe kolejki ligi krajowej, w niepamięć idzie cała ciężka praca włożona w to, by teraz w ogóle mieć jeszcze o co się bić. Jak ulotna potrafi być kibicowska pamięć. “Jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz” – to piłkarskie porzekadło nabiera aktualnie szczególnego znaczenia. Nadchodzi czas oddzielenia chłopców od mężczyzn. Czas decydujący o zapisaniu się na dłużej w sercach fanów lub o postawieniu na sobie krzyżyka.

Od dawna w futbolu rządzą dwa główne nurty: włoskie catenaccio i holenderski futbol totalny, oczywiście w odpowiedniej skali. We współczesnej kopanej osiągnięcie powodzenia nie daje jednak żadne z tych podejść. Tylko odpowiedni balans między szaleńczym atakiem i skondensowaną obroną daje pozytywny rezultat. W tym przepełnionym pragmatyzmem i chłodną kalkulacją panteonie zwycięzców zdecydowanie brakuje miejsca dla romantycznego, od lat stawiającego na efektowność i ofensywę kosztem gry obronnej Arsenalu. Mówi się, że dobry atak pozwoli ci wygrać mecz, ale to skuteczna defensywa wygrywa poważne trofea. Nie ma lepszego potwierdzenia dla tej tezy od postawy Kanonierów w ostatnich latach.

Przyjście Unaia Emery’ego od początku wiązało się z nowym otwarciem, a co za tym idzie, rozbudzonymi nadziejami każdego sympatyka londyńskiego klubu. Kto oczekiwał transformacji gry drużyny jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, jest pewnie szczerze rozczarowany. Wystarczy jednak trochę oleju w głowie i chwila uwagi poświęconej temu szkoleniowcowi, by stawiać przed tym zespołem realistyczne oczekiwania. Hiszpański trener przypomina w swojej pracy działającego u podstaw pozytywistę. Dawno, dawno temu, w sierpniu ubiegłego roku po kiepskim wejściu The Gunners w sezon pokusiłem się o pierwsze obserwacje dotyczące Kanonierów pod rządami Baska i jak wielkie było moje zdziwienie, kiedy do tamtego tekstu ostatnio powróciłem. Nie sądziłem bowiem, że po kilku tygodniach od przejścia nowego menadżera na Emirates Stadium uda mi się go tak dobrze rozczytać.

Faktycznie, gra obronna na przestrzeni tych kilku miesięcy nie uległa wyraźnej poprawie. Kanonierzy przypominają nieco zakochane w piłce dzieciaki pykające sobie na orliku – przeciwnicy strzelili nam 5? My władujmy im 7! A obrona? Na co to komu? Rażące są przede wszystkim indywidualne błędy, które pojawiają się w grze każdego z obrońców w różnych spotkaniach. Jednym częściej (mkhm…), innym na szczęście sporadycznie – ale liczba punktów, które straciliśmy przez głupotę jednego czy dwóch zawodników w konkretnych sytuacjach jest zdecydowanie za wysoka.

Poprawie uległo na szczęście wiele aspektów gry. Po pierwsze: podopieczni Emery’ego naprawdę zaczęli wierzyć, że nawet jeśli stracą te 5 bramek, to zdołają trafić do siatki przynajmniej sześciokrotnie. Przekonanie o zmierzaniu w dobrym kierunku i zaufanie do trenera w tej ekipie wydaje się być spore, co jest kapitalnym prognostykiem na przyszłość. Emery to gość, który nie do końca radzi sobie z ciężkimi charakterami i nie potrafi zapanować nad rozdmuchanymi ego wielkich gwiazd. Natomiast jego obecny zespół sprawia wrażenie jednej wielkiej rodziny. Atmosfera wewnątrz klubu, a zwłaszcza w szatni wydaje się być wyborna, a on sam ma w niej posłuch. To daje nadzieję na to, że przy odpowiednich roszadach na rynku transferowym w letnim okienku jego (r)ewolucja ma szansę powodzenia.

Po drugie: stałe fragmenty gry w ofensywie stały się groźną kartą w talii The Gunners. Nie pamiętam czasu, kiedy zdobywalibyśmy tyle bramek po rzutach rożnych i wolnych. Znacząco wzrosła też skuteczność Kanonierów w radzeniu sobie z SFG w defensywie. Tak jak przewidywałem – poradzenie sobie z tym aspektem gry jest niezwykle opłacalne, gdyż stosunkowo niewielkim kosztem (szybkie rezultaty, łatwe do wyegzekwowania i zrozumienia dla piłkarzy) można uzyskać bardzo wydatną różnicę in plus.

I wreszcie po trzecie: mozolne budowanie akcji od tyłu i pozbawione paniki reakcje na wysoki pressing rywali wreszcie zaczęło być widoczne na boisku. Prawdopodobnie okupione to zostało odsunięciem na boczny tor doświadczonego Petra Cecha, który w tym stylu nie odnajdywał się za dobrze. Z powodzeniem zastępuje go Leno, który akurat w kwestii gry nogami nie ma sobie wiele do zarzucenia i ogólnie stanowi teraz pewny punkt drużyny. Ewidentnie świetną robotę zaczął także wykonywać na nowo porządnie funkcjonujący środek pola. Zacieśniła się współpraca pomiędzy Xhaką a Torreirą, która obecnie wygląda naprawdę przyzwoicie – z korzyścią dla obu panów. Bardzo dobre występy wplata w to także Aaron Ramsey, dla którego rywalizacja z Napoli po podpisaniu kontraktu z Juventusem może nabrać nowego smaczku. Kanonierzy nauczyli się nie tylko dostosowywać do przeciwników, ale również narzucać swój własny styl poprzez zdominowanie kluczowych sektorów boiska, przede wszystkim właśnie w okolicach koła środkowego. Czy te przemiany wystarczą jednak na coś więcej niż tylko 1/4 finału Ligi Europy? Wiele pojedynczych prac składających się potem w jedną całość w trakcie meczu jest jeszcze niedokończonych, z częścią z nich Emery (pewnie świadomie) jest jeszcze w głębokim lesie. W pewnym sensie dwumecz z czołową włoską ekipą pozwoli nam określić, gdzie mniej więcej na tej osi topowych klubów możemy się teraz umiejscawiać.

Neapolitańczycy bez wątpliwości postawią Anglikom bardzo wymagające warunki. Podopieczni Carlo Ancelottiego już dłuższy okres są kojarzeni przede wszystkim z bardzo widowiskową grą do przodu, “futbolem na tak”. Niemniej jednak, ekipa z południa Włoch za kadencji doświadczonego szkoleniowca też niejako próbuje przedefiniować swój sposób na grę, stawiając znacznie większy nacisk na wynik niż fajerwerki. To nie jest już drużyna przekraczająca barierę 90 bramek w Serie A (jak choćby w sezonie 16/17). Jednocześnie nie traci ich już tak wiele, jak kiedyś. Na ten moment Napoli to trzecia, zaraz po Juve i Interze, defensywa w Calcio. Wiąże się to przede wszystkim z odpowiedzialniejszą postawą graczy ofensywnych, a co za tym idzie, ich mniejszą swobodą taktyczną. Ancelotti postawił na sprawdzone przez siebie od lat środki – solidną defensywę i cierpliwy atak pozycyjny, a gdy tylko to możliwe, zabójczy kontratak. Nie sposób jednak zauważyć, że obarczeni dodatkowymi obowiązkami kreatorzy i dryblerzy stracili nieco błysku w oku i tej dawki szaleństwa, które przerażało każdych następnych oponentów.

Tej nieprzewidywalności i możliwości osiągnięcia rzeczy niewyobrażalnych zabrakło im w fazie grupowej bieżącej kampanii Ligi Mistrzów. To prawda, że ich grupa była jedną z najtrudniejszych: PSG, Liverpool oraz Crvena Zvezda stawiały zacięty opór. Jednak ledwie 7 goli w 6 meczach Champions League to nie styl, do jakiego przyzwyczaili nas Azzurri. Ich ostatnia dyspozycja także nie napawa optymizmem fanów SSC. Aż dwudziestopunktowa strata do Juventusu w lidze, odpadnięcie z Pucharu Włoch z Milanem – zmagania w Europie są dla “Carlito” ostatnią szansą na przekonanie swoich podopiecznych do słuszności swoich metod szkoleniowych. A i z nimi o mały włos nie pożegnaliby się w ostatniej rundzie, pokonując w dwumeczu austriacki RB Salzburg 4:3. Perspektywa dla The Gunners wcale nie jest zatem taka tragiczna. Na pewno nie będzie łatwo. Ale trzeba sobie jasno powiedzieć: furtka do półfinału Europa League nie jest dla Arsenalu zamknięta, a wręcz nawet lekko uchylona. Szanse oceniam na fifty-fifty. Pytanie, czy piłkarze z czerwonej części Londynu będą w stanie u przed własną publicznością zrobić taki wynik, którego nie będą w stanie roztrwonić na wyjeździe. Albo chociaż raz w tym roku skupić się na grze poza stolicą Anglii. To chyba nie aż tak wiele, prawda?

Facebook Comments