Aktualności Publicystyka

Wyjazdowe spotkania bolączką Armatek?

Każda drużyna przed własną publicznością czuje się teoretycznie lepiej. Doping swoich kibiców, którzy w przewadze zasiadają na trybunach dodaje kopa w walce nawet z praktycznie mocniejszym przeciwnikiem. Arsenal to klub, który regularnie powinien przywozić  punkty z wyjazdów, ale czy tak zawsze było i jest?

Spotkania wyjazdowe są pewnego rodzaju znakiem zapytania. Nawet najlepsi mają z nimi problem. Nie mogą znaleźć swojego rytmu i wyglądają na totalnie inną drużynę w porównaniu z meczami u siebie. Tak samo jest z naszym Arsenalem. Na The Emirates Stadium grają wyśmienicie. Odnoszą bardzo dobre rezultaty, ale również prezentują niezły jakościowo futbol. Każdy z nas z lekkim niepokojem patrzy na zmagania wyjazdowe. Kanonierzy podczas nich grają po prostu słabo. Nie mówię tylko o meczach z rywalami z TOP6, lecz choćby nawet z ligowymi średniakami. Przykładów mógłbym przytoczyć mnóstwo, a jednym z nich, bardzo trafnym, jest tegoroczny pojedynek z West Hamem przegrany 1:0 oraz porażka 2:3 z Southampton. Nie są to wcale ekipy z czołówki, lecz mocne średniaki lub nawet gorzej. Sam fakt, że The Gunners na wyjazdach zajmują dopiero mizerne 10. miejsce, a reszta stawki z TOP6 okupuje pierwsze pięć najwyższych lokat bardzo mnie boli, a zarazem mocno niepokoi.

Czym spowodowana jest słabsza postawa Kanonierów na wyjazdach? Ciężko stwierdzić. Przyczyn może być mnóstwo. W Premier League na każdym stadionie murawa jest równiutko przystrzyżona, więc stan boiska raczej nie wpływa na jakość gry. Umiejętności gracze też nagle nie tracą. Uważam, że wszystko tkwi w psychice zawodników. Każdy z nich inaczej reaguje na boiskowe sytuacje oraz na otoczenie. Uświadommy sobie, że Anglia to nie m.in. Turcja, gdzie na meczach np. Besiktasu Stambuł w Lidze Mistrzów niektórzy zawodnicy prosili o zatyczki do uszu, gdyż nie mogli wytrzymać huku trybun. Na Wyspach doping jest znikomy, a jakiekolwiek zorganizowane śpiewanie jest rzadko spotykane, gdyż bardziej dominuje forma „pikniku”, a dopiero po strzelonej bramce przez ulubieńców fani podnoszą się z miejsc. Zawodnicy w Anglii nie odczuwają presji ze strony trybun tak jak we wcześniej wspomnianej Turcji. Pomimo tego, że w Premier League stadiony są wypełnione po same brzegi, atmosfera jest mizerna, a gdy drużynie nie idzie, słychać jedynie jęk zawodu. Dlatego też uważam, że ten aspekt nie przyczynia się do słabszej postawy Arsenalu w delegacjach. Gra na tak wysokim poziomie w najbardziej wyrównanej lidze świata nie jest łatwa. Piłkarze w niej grający posiadają wysokie umiejętności, lecz przeważnie problem u niektórych z nich zaczyna się właśnie w głowie. Dlatego muszą być niebywale silni mentalnie, aby poradzić sobie na murawie i poza nią. Powracając do Arsenalu – dużym problemem jest styl gry The Gunners. Z teoretycznie słabszymi przeciwnikami długo utrzymują się przy piłce, ale nie stwarzają wielu sytuacji podbramkowych. Przykładem niech będzie mecz z Brighton (1:1) z obecnego sezonu. Kanonierzy posiadali piłkę przez 68% czasu gry, wymienili o 387 podań więcej, ale stworzyli o pięć sytuacji podbramkowych mniej. Ten przypadek bardzo dobrze ilustruje, że posiadanie piłki nie przekłada się na sytuacje. Podopieczni Unaia Emery’ego muszą stać się bardziej wyrachowaną drużyną, niczym kiler, który nigdy nie pudłuje. Bez tego ciężko będzie regularnie przywozić punkty z wyjazdów.

Jak już wcześniej wspominałem, niepokoi mnie postawa w delegacjach w tym sezonie Arsenalu, ale czy w poprzednich latach było lepiej?  Zerknąłem na tabelę wyjazdową z zeszłego sezonu i uwierzcie, że zacząłem się śmiać. 16 zdobytych punktów w dziewiętnastu spotkaniach to jakaś kpina. Klub walczący o najwyższe cele wygrał zaledwie cztery mecze i przegrał aż jedenaście na wyjeździe. Niestety, takie były realia. Arsenal w obecnej kampanii zdobył już o trzy punkty więcej na obcych stadionach niż w poprzedniej. Jest progres, a miejmy na uwadze, że pozostało im jeszcze pięć spotkań do rozegrania na boiskach rywali. Hmm… I dlaczego się niepokoję? Ktoś może mi powiedzieć: „Co ty gadasz, przecież progres jest, paplasz brednie”, ale pomyślcie sobie czego tak naprawdę oczekujecie od Arsenalu. Wyjazdowej przeciętności i gubienia punktów co dwa tygodnie, czy regularnej zdobyczy nie patrząc z kim Kanonierom przyjdzie się mierzyć ? To nie jest tak, że ja się nad nimi pastwię. Wiem, że jeśli ten klub ma zdobywać trofea to musi być piekielnie mocny i niebezpieczny -zawsze i wszędzie.

Cofnijmy się do sezonu 2003/2004. Bardzo często do niego powracamy, gdyż to było coś nieprawdopodobnego. “Niezwyciężeni” na wyjeździe nie przegrali żadnego pojedynku. Wygrali jedenaście spotkań i osiem zremisowali zdobywając kosmiczne 41 punktów. Patrząc na to, łapię się za głowę i trudno mi to sobie wyobrazić w dzisiejszych realiach, oczywiście cały czas na myśli mając Arsenal. Sezony bywają różne. W niektórych cała liga gra słabo na wyjazdach i zdobycze topowych ekip są mizerne, lecz również przytrafiają się lepsze, podczas których top osiąga kapitalne rezultaty (np. zeszły sezon i  50 wyjazdowych punktów Machesteru City). Ciężko przewidzieć, ile punktów trzeba zdobyć, aby liczyć się w walce o najwyższe lokaty. Każdy sezon rządzi się swoimi prawami.

Reasumując moje dywagacje, wyjazdy dla każdego są trudne, lecz patrząc na Armatki w ostatnim czasie, dla nich wyjątkowo. Musimy wymagać od naszego zespołu wiele. Każdy z nas chce, aby czasy świetności powróciły i Arsenal grał jak z nut na każdym obiekcie świata. Z taką nadzieją kończę swoje rozważania i do następnego.

Facebook Comments