Publicystyka

Kroenke jedynym właścicielem Arsenalu – co to oznacza?

Zacznijmy od tego, że jestem tu nowy. Także żebyśmy mieli to za sobą – nazywam się Adrian Kozioł, mam 23 lata i studiuję dziennikarstwo na Uniwersytecie Łódzkim. Będzie mi bardzo miło dla Was pisać i czytać Wasze opinie. W swoim pierwszym felietonie na warsztat wezmę informację, która wczoraj obiegła cały piłkarski świat, a u fanów The Gunners spowodowała niemałe zakłopotanie oraz skłoniła do pytania ,,i co teraz?”.

Chodzi oczywiście o przejęcie przez Stanleya ,,Stana” Kroenke wszystkich akcji, które należały do Aliszera Usmanowa. Żeby przedstawić Wam to bardziej obrazowo – gość, który jest głównym udziałowcem klubu i ma 67% akcji, wykupuje dodatkowe 30% akcji od drugiego co do ważności udziałowca. Tym samym ma ich 97% i tak naprawdę staje się JEDYNYM właścicielem klubu Arsenal F.C. Co to oznacza dla klubu z The Emirates? O tym spróbujemy sobie dzisiaj powiedzieć.

Żeby zrozumieć istotę sytuacji, musimy się cofnąć pamięcią do roku 2007. Wtedy to właśnie sympatyczny rosyjski biznesmen uzbeckiego pochodzenia, Aliszer Usmanow, zdecydował się mocno wkroczyć do futbolu na Wyspach Brytyjskich, a jego celem stał się Arsenal. Na początku udało mu się wykupić nieco ponad 14% akcji, ale już miesiąc później miał ich na swoim koncie 23%, co po zaledwie miesiącu działalności w klubie uczyniło go jego drugim największym udziałowcem. Dalszy podbój Anglii został jednak zatrzymany przez mało sympatycznego jegomościa z USA. Tak jest, chodzi o Stana Kroenkego, który przyszedł do klubu kilka miesięcy wcześniej i miał podobne plany jak Usmanow. Pozornie Amerykanin stał na przegranej pozycji, ponieważ jak obliczono, Rosjanin był wówczas najbogatszym obcokrajowcem robiącym interesy w Wielkiej Brytanii. Tak jest – bogatszym nawet od Romana Abramowicza. Powodzenie akcji przejęcia klubu nie zależy jednak w 100% od grubości portfela, ale przede wszystkim na błyskotliwości myślenia, szybkości działania i umiejętności rozmawiania z ludźmi. I tym najwyraźniej Kroenke Usmanowa przewyższał, bowiem 10 kwietnia 2011 roku, w rocznicę katastrofy smoleńskiej, po ponad 3 latach sporów i przeciągania liny między obydwoma panami o to, kto będzie głównym udziałowcem Arsenalu (na czym w międzyczasie cierpiał oczywiście cały klub), Enos Stanley Kroenke, dogadawszy się wcześniej z Dannym Fiszmanem (który 3 dni później zmarł) oraz z Lady Niną Bracewell-Smith wykupił ich udziały za około 731 milionów funtów. Tym samym jego akcje w klubie wynosiły już 63%, czym totalnie zaszachował i znokautował swojego konkurenta z Rosji. Później zwiększył je jeszcze o kolejne 4%.

Usmanow jednak nie poddawał się. Widział, do czego dąży Kroenke i próbował przemówić ludziom do rozsądku. Wiedział, że Kroenke za sterami oznacza powolną śmierć Arsenalu. Trzeba przyznać, że wiele się nie pomylił. Z klubu, który regularnie bił się o mistrzostwo, non stop awansował do Ligi Mistrzów, gdzie zresztą walczył jak równy z równym z takimi zespołami jak Barcelona czy Manchester United, stał się pośmiewiskiem, klubem, z którego wszyscy po dziś dzień mają niesamowitą bekę. Jeszcze niedawno mówili ,,4rsenal” – teraz nawet tak już nie mówią, bo to nieaktualne. Ostatnie 2 sezony Kanonierzy ukończyli odpowiednio na 5. i 6. miejscu. I o ile jeszcze sezon 2016/17 nie był tragiczny bo o TOP4 bili się do samego końca, tak rok później nastąpiła stuprocentowa katastrofa. Aha, drodzy fani Chelsea, nie mamy dla Was dobrych wieści – Arsenal przy 5. miejscu w lidze też zdołał wygrać Puchar Anglii. I wcale nie dało to chłopakom kopa na następny sezon.

Czarę goryczy przelały słowa samego Kroenkego, który w marcu 2016 roku wypowiedział następujące słowa:

,,Nie kupiłem Arsenalu po to by ten wygrywał trofea”

Tak, to jest autentyk – takie słowa naprawdę padły z ust głównego już wtedy udziałowca Arsenalu. Czym więc są takie słowa dla poszczególnych osób związanych z klubem z The Emirates? Cóż, dla Arsene’a Wengera, ówczesnego trenera, pewnie niczym specjalnym, bo on poważnego trofeum nie zdobył od 2004 roku. Dla zawodników oznaczało to mniej więcej coś takiego: ,,możecie nic nie wygrywać, bylebyście za wiele tego wstydu nie przynosili. Ale ogólnie bez spiny mordeczki, bo w sumie mi się tylko musi hajs zgadzać, co mnie obchodzi jakaś zakurzona gablotka w moim gabinecie.”. No i oni właśnie później tak grają – bez zaangażowania, bez polotu, bez finezji, a tak naprawdę to bez NICZEGO. Dla kibiców zaś zdanie to oznaczało: ,,w dupie mam, że ciężko pracujecie na to, by parę razy w miesiącu obejrzeć jak gramy. Transferów za miliony nie będzie, sukcesów nie będzie, trofeów nie będzie. Będą tylko halucynacje z niedożywienia i śmierć. Oczywiście dla Was, bo ja będę trzepał na Was kasiorę aż miło. A swoją drogą to jesteście frajerami, że płacicie najwyższe ceny biletów i karnetów w całej lidze tylko po to, żeby oglądać taki paździerz. Ale skoro już płacicie, to wybrzydzał nie będę.”.

Tak jak wspomniałem wcześniej, Usmanow nie poddawał się. Dzielnie przez wiele lat walczył z Kroenke i próbował cichaczem podkupywać mu akcje, podpytywać, zagadywać – czyli stosując tę samą metodę, jaką ten stosował na Fiszmanie oraz Lady Bracewell-Smith. Nie da się jednak być szerszym od koszuli i wąsaty Amerykanin od razu wyczuwał sprawę, a następnie konsekwentnie odrzucał oferty rosyjskiego przedsiębiorcy. Było wiadomo, że któryś z nich musi w końcu wymięknąć i odpuścić. Niestety – wymiękł Usmanow, człowiek prawie 2 razy bogatszy od Kroenkego. Człowiek, który nigdy nie skąpił na Arsenal i chciał go wprowadzić na taki poziom, na jaki ten klub zasługuje. Chciał walczyć z City i United, w Lidze Mistrzów chciał się bić z Realem, Barceloną, Bayernem i Juventusem. Niestety, cytując klasyka – ,,cały misterny plan też w pizdu”. Po prostu, Rosjanin widząc nieugiętość i nieustępliwość swojego partnera w biznesie (choć był to bardziej rywal niż partner) stwierdził, że nie chce więcej wojenek, stresów i że zabiera mu to zbyt dużo życia, a co za tym idzie – postanowił ustąpić. Małe dzieci mówią zawsze między sobą: ,,głupszym się ustępuje”. Niech mi ktoś tylko powie, że tak nie jest.

A czy my, fani Arsenalu, mamy się czego bać? Zdecydowanie tak. Po pierwsze, widzicie jak fatalnie zarządzany był ten klub, kiedy Kroenke miał 67% udziałów, więc wyobraźcie sobie co będzie, kiedy będzie miał ich 97% a nikt nie będzie mu jątrzył, bo przecież wszystkich głównych ,,partnerów” biznesowych odprawił z kwitkiem. Dziś odprawił ostatniego, największego. Powiem szczerze – boję się despotycznych rządów tego człowieka. Jego nieustanna żądza zysku mimo posiadania na koncie ponad 8 miliardów dolarów doprowadza mnie do szewskiej pasji. Futbol nie chce u siebie takich ludzi. Futbol chce ludzi, którzy się w niego angażują. Owszem, chodzi o zysk, jasne – ale czy nie łatwiej będzie te zyski osiągnąć, kiedy najpierw włoży się w klub jakąś pokaźną sumkę, która pozwoli mu dojść do kilku spektakularnych sukcesów? Przecież to logiczne, że wtedy zwiększa się marka, jej rozpoznawalność, a pieniądze wręcz same płyną do klubowej kasy.

Jest jeszcze jedna rzecz związana z tą sprawą, która nie daje mi spokoju. Chodzi mianowicie o osobę dyrektora sportowego. Coraz głośniej bowiem mówi się o tym, że już od września Ivan Gazidis przestanie pełnić tę funkcję w klubie z The Emirates, a zacznie ją pełnić w Milanie. Martwi mnie to o tyle, że Grek południowoafrykańskiego pochodzenia naprawdę świetnie dogadywał się ze Svenem Mislintatem, głównym scoutem oraz Raulem Sanllehim, dyrektorem obszaru futbolu, zwolnionego jakiś czas wcześniej z Barcelony (w Arsenalu jednak póki co wykonuje świetną pracę). Zmierzam do tego, że nie obawiam się, że to bardzo dobrze działające trio zostanie rozbite przez odejście Gazidisa – ja obawiam się o to, że on zabierze ich ze sobą, a Arsenal znów zostanie z niczym. Na domiar wszystkiego, żeby już ostatecznie przywalić fanowi Kanonierów, funkcję dyrektora sportowego ma przejąć… Josh Kroenke, syn właściciela.

Wygląda więc na to, że z klubu z The Emirates zaczyna nam się robić prywatny folwark, wróć… ranczo (jak przystało na amerykańskich właścicieli). I to do tego ranczo zarządzane przez farmerów, którzy zamiast zainwestować w nie dużo i wyciągnąć z niego jeszcze więcej, wolą siedzieć na tyłku, patrzeć jak wszystko zdycha i wyciskając (oczywiście dla siebie) ostatnie kropelki mleka z wymion ostatniej żywej krowy.

Stanley’u Kroenke! I Joshu! Nie idźcie tą drogą!

 

 

Facebook Comments