Publicystyka

Merci, wodzu

Stało się. Po blisko 22 latach od objęcia Arsenalu opuszcza go człowiek, który zaszczepił miłość do futbolu w wielu, w tym we mnie. Nietuzinkowy i nietypowy menadżer, mający regularne kłopoty z suwakiem w kurtce, notorycznie będący obiektem drwin i  sporów między fanami piłki nożnej. Nie spieralibyśmy się jednak o postać tuzinkową, prawda? To, w jaki sposób absolwent wydziału ekonomii Uniwersytetu w Strasbourgu zmienił oblicze angielskiego futbolu zasługuje na najwyższe wyróżnienia, i wieczne, zapisane złotymi zgłoskami miejsce w historii nie tylko Premier League, ale także całego europejskiego futbolu. Romantyk  futbolu, do końca wierny swoim ideałom, jeden z największych trenerów w historii, proszę państwa – Arsène Wenger.

Lata 90 XX wieku. Okres, kiedy w lidze panuje wszechobecna niechęć wobec zagranicznych trenerów, niechęć, którą na dobre przełamuje dopiero Arsene Wenger, zostając drugim zagranicznym ( po Józefie Venglosu w Aston Villi) menadżerem w Premier League. Sam Arsenal (wtedy nazywany najbardziej angielskim zespołem w Anglii) jako klub nie przypominał nawet w 1/10 formy, z której znamy go aktualnie. W klubie co prawda grały już późniejsze legendy, jak Tony Adams, Roy Parlour, Ian Wright czy aktualny asystent Wengera – Steve Bould, ale nawyki i tradycje panujące w szatni bardzo odbiegały (delikatnie mówiąc!) od tych, jakich życzyłby sobie Francuz. Jak więc udało się trenerowi, który przyszedł znikąd (a konkretniej z Nagoyi Grampus) zaprowadzić swoje porządki w szatni Arsenalu? Tym samym, czym zaimponował Davidovi Deinowi podczas ich pierwszego spotkania na Highbury – elokwencją i charyzmą.

Jak inteligentnym człowiekiem jest Wenger, może pokazać nam jego sposób wypowiadania się na konferencjach prasowych, oraz w wywiadach. Zawsze mówi składnym językiem, zawsze znajduje trafną odpowiedź na zadane pytanie, nieważne z jakiej dziedziny, ma anegdotkę „na każdą okazję”. Jego wiedza na temat futbolu, i strategii sprawiły, że momentalnie zyskał szacunek zawodników, którzy zaczęli czuć respekt wobec pana wyglądającego jak nauczyciel geografii.

Kolejnym etapem rewolucji, którą zapoczątkował Wenger była totalna zmiana metod treningowych, oraz nawyków żywieniowych piłkarzy na te wywiezione z pobytu w Japonii, które w tamtych czasach nie były wcale tak oczywiste, jak może się nam wydawać obecnie. Ogółem mówiąc, Boss zmienił formy treningu, wprowadzając do niego sporo elementów fitness, rozciągania, gry z piłką przy nodze, postawił na czystą siłę i szybkość, co wyróżniało w późniejszych sezonach Arsenal. To właśnie były podwaliny pod wizję futbolu Arsène’a, która jest z nim po dziś dzień, a która w tamtych czasach była totalnie nowatorska, bo opierała się na posiadaniu piłki.

Francuz zawsze podkreślał, że wielkie zespoły powinny wygrywać w wielkim stylu, że chciałby aby przeciętny fan, zmęczony po tygodniu w pracy mógł przyjść na stadion i zrelaksować się, podziwiając grę swojej drużyny, pełną polotu, dynamiki i finezji. Preferuje futbol ofensywny, czasami zapominający o defensywie, czyli koncept będący totalnie w opozycji do tego „angielskiego stylu gry” , z którym sztampowo kojarzymy zespoły typu Stoke City, czy West Bromwich Albion. Myślę, że to właśnie ten styl gry  sprawił, że nam, jako fanom Arsenalu tak ciężko jest odejść od klubu, mimo tego, że w ostatnich czasach regularnie nas zawodzi – akcje typu Wilshere vs Norwich,  Rosicky vs Sunderland z sezonu 2014, czy akcje wirtuozów jak Henry, Pires, Overmars wykreowanych przez Wengera,po prostu  Wengerball – takie momenty właśnie sprawiły, że kochamy Arsenal, bez względu na wszystko. A zawdzięczamy to Arsène’owi.

Henry, Vieira, Fabregas, Anelka, Hleb, Ljungberg, Van Persie – sporo legend, prawda? Nie tylko Arsenalu, ale także europejskiego futbolu, a to tylko wierzchołek góry lodowej. Wszystkich ich łączy to, że zostali wynalezieni i wprowadzeni na najwyższy światowy poziom właśnie przez Arsène’a Wengera. Łączy ich jednak także to, że wszyscy wypromowani przez Wengera odeszli, w mniej lub bardziej przyjaznych okolicznościach. Zwłaszcza sezon 2007/8 był tym, w którym Arsene Wenger musiał zmierzyć się z największą liczbą problemów, po odejściu z drużyny trzonu The Invicibles – Henryego, Ljungberga, Reyesa, oraz utraceniu rok wcześniej Campbella, Piresa, Bergkampa, Cole’a, Laurena. Można to nazwać przełomem, zmianą, jak się okazało na gorsze w historii panowania Bossa w klubie z północnego Londynu. I tu jednak Wenger pokazał swój kunszt trenerski, mocno przebudowaną drużyną zajmując trzecie miejsce w ligowej tabeli. Zmierzam do tego, co do pewnego czasu było co sezonową praktyką w Arsenalu – odejście gwiazd stanowiących o sile drużyny, co zakończyło się dopiero w 2013, kiedy ostatecznie udało się spłacić dług zaciągnięty na budowę Emirates. Boss zawsze potrafił osiągnąć cel minimum – zakwalifikowanie się do Ligi Mistrzów, w której spędził aż 20 (!) sezonów, nieważne czy musiał grać  Squillacim, Djourou i Frimpongiem, czy też Rosickym, Özilem, Cazorlą. Arsène zawsze potrafił stworzyć coś z niczego, wykrzesać z zawodników wszystko to, co w nich najlepsze. Nie liczyło się ile ciosów w postaci odejść swoich kluczowych zawodników przyjął – liczyło się to, że potrafił ich dobrze zastąpić, mimo ograniczonych możliwości (zwłaszcza finansowych). Docenić musimy go za to, w jaki sposób przeprowadził Arsenal przez „ciężkie czasy”. Z kredytem zaciągniętym na budowę stadionu i właścicielem, który delikatnie mówiąc nie był skory do hojnego sypania dolarami Arsène co sezon potrafił zająć miejsce w Top 4, a przecież mógł spakować walizki, i po prostu odejść – kusiły go w tamtych czasach takie tuzy, jak Real Madryt, Juventus, Bayern Monachium, gdzie problemy z wydawaniem pieniędzy nie istniały. On także miał pewne uprzedzenie, jeśli chodzi o wydawanie nie swojej gotówki. Uważał, że lepiej jest uwierzyć w kogoś, i wychować kolejnego zawodnika, czasami nawet kosztem wyników.

Wiara. Słowo klucz, jeśli idzie o Bossa. Od zawsze wierzył w swoich zawodników bezgranicznie, ufał, że są w stanie dokonać rzeczy, w których dokonanie wątpili oni sami. Wierzył, że ten szybki lewoskrzydłowy z Juventusu, ze średnio nastawionym celownikiem może stać się idealnym środkowym napastnikiem. Uwierzył, że ten długonogi, twardy w grze chudzielec, z przeszłością w rezerwach Milanu może stanowić o sile linii pomocy. Uwierzył, że ten cherlawy , ale dużo widzący 16 latek z akademii Barcelony może być w przyszłości mózgiem drużyny. Ta wiara oczywiście kosztowała Wengera sporo w przekroju jego panowania w Arsenalu. Do tej pory nie do końca rozumiem, czemu aż tak długo dawał kredyt zaufania Theo Walcottowi, czemu ktoś taki jak Andre Santos, czy Nicklas Bendtner grał w Arsenalu przez tak długi czas. Nie rozumiałem także, czemu tak ochoczo po raz enty stawia na wiecznie wypożyczanego Coquelina, albo dlaczego postanawia odstawić doświadczonego, solidnego Mathieu Debuchyego w zamian wystawiając nieopierzonego młodzika z akademii Barcelony.  Zawsze chce dostrzec w zawodniku nie tylko jego umiejętności boiskowe, ale także to, jakim człowiekiem jest poza boiskiem. Wiara to jednak nie wszystko – Wengerowi na rezygnację z wyżej wymienionych zawodników nie pozwalała także ambicja, aby dowieść, że jednak miał rację. Ambicja, która czasami go gubiła, a za którą powinniśmy go podziwiać zawsze.

Na początku za cel postawił sobie wygranie Premier League. Zrealizował go, już w sezonie 97/98 zdobył Mistrzostwo, Puchar Anglii oraz Tarczę Wspólnoty. Wielu uważa ten zespół za najlepszy w dziejach Arsenalu, lepszy nawet od The Invicibles. Coś w tym jest, Arsenal miał wtedy wszystkiego po trochu – finezja Dennisa Bergkampa, szybkość i dynamika Marca Overmarsa, Nicolasa Anelki, solidna, zgrana i Angielska linia obrony oraz stalowy środek pola, tworzony przez Petita i Vieire. Co ciekawe, połowa pierwszej jedenastki to byli zawodnicy ściągnięci przez Bossa, a działo się to w jego pierwszym pełnym sezonie w Arsenalu! Drugi raz tą samą sztukę udało mu się dokonać w sezonie 2001/2, jednak z zupełnie przemeblowanym składem. Nie było już Overmarsa, Anelki, Winterburna, Petita. Był za to Wiltord, był Henry, był Campbell, sprowadzony z Tottenhamu na zasadzie wolnego transferu, byli także Vieira, Pires, Bergkamp. Wtedy także do klubu dołączył za 150 tysięcy funtów Kolo Toure – kolejny przykład majstersztyku finansowego Wengera.

Mimo wszystko jednak, tą najbardziej znaną i pamiętaną drużyną z kadencji Wengera była ta z sezonu 2003/4. The Invicibles, czyli ziszczenie marzeń francuskiego marzyciela, który chciał osiągnąć perfekcję nie przegrywając ani jednego meczu. Drużyna mądrze budowana od samego początku przez Francuza, który włożył w nią całe swoje umiejętności, i wiarę, jaką posiadał. Rozważnie dobierał elementy do swojej układanki, dbając o idealne porozumienie zawodników zarówno na boisku, jak i poza nim. I właśnie dzięki temu udało się! Wszystko było tam idealne: zrozumienie między zawodnikami, którzy byli dla siebie wzajemnie przyjaciółmi, poziom umiejętności, a także poziom szczęścia, któremu jednak trzeba było pomóc, prawda? Każdy fan Arsenalu potrafi wymienić tą drużynę, w pełni zbudowaną przez wirtuoza u steru: Lehmann, Lauren, Toure, Campbell, Cole, Silva, Vieira, Ljungberg, Pires, Henry, Bergkamp.

Wiecie dlaczego Arsène nadal pracuje u nas? Kolejną jego ambicją było zdobycie Ligii Mistrzów, co nie było mu dane przez całą karierę. Najbliżej był w sezonie 2005/6, wtedy jednak Arsenal w genialnym pojedynku uległ Barcelonie. Wenger miał pierwszą i ostatnią szansę na zwycięstwo – późniejszy rozpad drużyny i kłopoty związane z finansami skutecznie pokrzyżowały jego plany.

Rok po roku, sezon po sezonie próbował dopiąć swego – co sezon kwalifikował się do Ligii Mistrzów, realnie walczył o mistrzostwo Anglii, co jakiś czas zdobywał Puchar Anglii, których nagromadził aż siedem. Dlatego też przylgnęła do niego łatka „I am number Four”. Śledząc jednak skład Arsenalu, sytuację w jakiej był zmuszony działać Arsène każdy powinien uderzyć się w pierś, i uświadomić sobie, jak niesamowite było to osiągnięcie w czasach, kiedy pieniądze zaczęły odgrywać największą rolę w futbolu. Przetrwał on, grając co najwyżej przeciętnymi zawodnikami wszystko – od przyjścia rosyjskiego oligarchy Abramowicza do Chelsea, przez najlepszą drużynę Manchesteru United w dziejach, aż do objęcia przez szejka Mansoura Manchesteru City. Dzięki jego osiągnięciom i umiejętnemu zaciskaniu pasa Arsenal spłacił długi za budowę Emirates i jest obecnie w bardzo dobrej kondycji finansowej. A jak trudno wymienić Roberta Piresa na Gervinho, wszyscy wiemy.

Co spowodowało, że odchodzi? Prawdopodobnie… my? Tak, fani Arsenalu, wyrażający raz po raz swoje niezadowolenie z wyników drużyny obwiniając za nie głównie menadżera, bo tak przecież najłatwiej. Sztampowe „Wenger Out” utarło się już w naszej podświadomości, i zaczęło stawać się codziennością. Takie hasła jednak, ciągła presja wymusiły na Arsenie taką decyzje. Każdy z nas przyzwyczaił się do tego stopnia do standardów oferowanych właśnie dzięki Wengerowi, że każde od nich odstępstwo jest wręcz karygodne i  to udowadnia, że aby kogoś docenić, musimy się z nim rozstać. Wiem, że powinien on podjąć tą decyzję już rok, dwa lata temu. Wiem, że może niepotrzebnie pozostawał u steru tak długo, narażając swoją legendę na zszarganie i zmieszanie z błotem.  Wiem też, dlaczego to robił. Kochał Arsenal ponad wszystko, nasz klub był dla niego jak żona, po tym, jak ta prawdziwa opuściła go w 2015 roku. Jedynym narkotykiem, jaki stosował były właśnie mecze Arsenalu, działanie w strukturach klubu.

Chciałbym, aby ten artykuł uświadomił Wam, Kanonierzy, z jak niesamowitą postacią mieliśmy do czynienia. To wszystko co mamy dziś, mamy dzięki niemu. To on wprowadził nasz klub do angielskiej elity na stałe, to on zrewolucjonizował sposób treningu, odżywiania się, który popchnął Premier League  lata świetlne do przodu. On nauczył Premier League grać inaczej, grać pięknie, z finezją i dokładnością. I mimo, że u schyłku jego panowania pozycja Arsenalu osłabła, nie możemy zapomnieć, dzięki komu ową pozycje mamy. Nigdy nie zapomnę tych wspaniałych meczy, kiedy byłem tym najszczęśliwszym człowiekiem na ziemii, patrząc jak Arsenal w iście poetyckim stylu rozklepuje rywala. Nigdy nie zapomnę też tych momentów goryczy, które bolały podwójnie, właśnie przez i dzięki Wengerowi, który zaszczepił taką miłość do futbolu, siebie i klubu w kibicach (a przynajmniej we mnie), że każda porażka czyniła dzień dużo gorszym.  Wybudowałeś pomnik romantyku, marzycielu. Merci Arsène, my support and love for ever.

Facebook Comments