Oceny pomeczowe

Oceny: Arsenal-Manchester City

Poniżej powinny znajdować się oceny pomeczowe. Dlaczego więc zamiast standardowych cyferek i krótkiego wyjaśnienia otrzymujecie to wszystko w formie tekstu?

Stwierdziłem, iż normalne oceny to coś zbyt krótkiego na opisanie tego, jak to wyglądało w meczu z Manchesterem City.  Po co kolejny raz wystawiać całej drużynie  noty na poziomie (poza nielicznymi wyjątkami) 1,2,3/10? Arsenal po raz kolejny pokazał w jak wielkim kryzysie się znajduje, a zawodnicy którzy wybiegli w czwartkowy wieczór na murawę The Emirates powinni się za siebie wstydzić – może wyłączając Aarona Ramseya i Granita Xhake.

Jednak od początku – Petr Cech. Były golkiper Chelsea  w bieżącym sezonie ewidentnie zaczął odczuwać pierwsze skutki 35 lat na karku, co zdecydowanie pokazuje swoją grą. Niepewne interwencje, które stwarzają dodatkowe zagrożenie pod bramką, i fatalne wpadki, których dopuszcza się coraz częściej sprawiają że każdy z coraz większym żalem spogląda w stronę słonecznego Turynu, gdzie aktualnie gra nasza zaprzepaszczona szansa na golkipera światowej klasy, szansa którą pewien ekonomista wypuścił spod swoich skrzydeł za śmieszne pieniądze. Czeski golkiper w czwartkowym meczu dla odmiany zagrał powyżej przeciętnej (niewysokiej, ale jednak) – 2 razy dobrze interweniował po strzałach Aguero, przy straconych bramkach nie miał zbyt wiele do powiedzenia.

Stracone bramki to nie wina Cecha – winić za nie należy 4 parodystów, bo inaczej tak naprawdę nie można ich nazwać, którzy tworzą formację defensywną Arsenalu – o ile cokolwiek takiego jeszcze istnieje gdziekolwiek indziej niż na papierze. Żadnego porozumienia, gra na czuja, błędy, które nie zdarzają się graczom na orliku – tak w olbrzymim skrócie można podsumować ich grę. Jadąc od prawej – Hector Bellerin. Ostatnio zebrało mi się na wspomnienia, i odpaliłem sobie kilka skrótów meczów z sezonu 2015/16, tego w którym młody Hiszpan przebojem wdarł się do podstawowej jedenastki Arsenalu wygryzając z niej uznaną markę – Mathieu Debuchyego. Piekielnie szybki, zdecydowany, niebojący się grać 1 na 1, skuteczny w obronie – taki był 20-letni Hector Bellerin. Co z niego zostało aktualnie? Został gość, którym Leroy Sane kręci jak baletnicą. Gość, którego wrzutki są tak celne, że praktycznie można z nich wyprowadzać kontrataki rywali. Jak było wczoraj? Nie inaczej – fatalnie w obronie, aktywnie i bezproduktywnie z przodu, dwie zawinione bramki – dzień jak co dzień długowłosego Bellerina. Nie lepiej sprawy mają się w środku obrony, gdzie zamiast obrońców zaczęli grać przetransferowani w zimowym okienku z Liverpoolu Chuckles i Coco – nie poznaję bowiem ani Koscielnego, ani Mustafiego. Do grudnia defensywa w tym ustawieniu  była istną skałą – trójka Monreal, Koscielny, Mustafi zatrzymywała każdego, mając na koniec listopada bilans (w tym ustawieniu) 5-1-0, przy bilansie bramkowym 15-0. Dziwnie to wygląda, zwłaszcza patrząc na to, iż nie potrafimy zachować czystego konta w lidze od 16 grudnia. Koscielny nie potrafiący się ustawić, wiecznie spóźniony Mustafi, biegający wszędzie, ale nie tam gdzie trzeba – ktoś mi wyjaśni co robił przy bramce na 2-0, i dlaczego przepuścił piłkę przy akcji na 3-0 dla Manchesteru City? Chyba najjaśniejszą postacią defensywy był Sead Kolasinac – nie zagrał dobrych zawodów, ale dał drużynie zdecydowanie najwięcej z linii ,,defensywnej”. Czasami zbyt ślamazarny, mógł lepiej się zachować przy bramce na 1-0, nie bez winy jest także przy ostatniej bramce dla City, często tracił piłkę niedokładnymi zagraniami. Jednak całością gry pokazał, że zależy mu na tym, aby regularnie grać – kiedy tracił piłkę, zaraz ją odzyskiwał, a jego szarże do przodu jak zawsze były nie do zatrzymania.

Koniec pastwienia się nad tyłami – czas na trochę pozytywów. Niewątpliwie najjaśniejszymi (przynajmniej w moim odczuciu) postaciami czwartkowego meczu był Granit Xhaka oraz Aaron Ramsey, dwaj środkowi pomocnicy. Różne opinie krążą na temat gry Xhaki, która jest bardzo szarpana w tym sezonie – raz gra fatalnie, raz tylko słabo, a czasami gra dobrze, o ile nie bardzo dobrze. Pewnie większość z Was postanowi tradycyjnie pohejtować trochę Szwajcara w komentarzach, ale czy jest za co? Dominował w środku, był w większości przypadków tam, gdzie trzeba. Mądrze rozgrywał piłkę, unikał głupich strat, kiedy faulował, to faulował taktycznie, nie dając się rozwinąć atakom City, groźnie (przede wszystkim celnie) uderzał z dystansu. Dawał sporo spokoju środkowi Arsenalu, tak samo jak miało to miejsce w rewanżowym meczu z Östersunds. Przede wszystkim razem z Aaronem Ramseyem nie dali zdominować środka pola zawodnikom Pepa Guardioli, co skutkowało tym, że ostatecznie mogliśmy obejrzeć jakby nie patrzeć wyrównany mecz. I nareszcie MOTM po stronie Arsenalu – Aaron Ramsey. Jestem pod dużym wrażeniem tego, jak Rambo gra po powrocie z kontuzji- przypomina trochę tego gościa sprzed 5 lat, który zamieniał w złoto wszystko, czego się dotknął. Dynamiczny, szukający wszędzie luk i korytarzy dla kolegów z drużyny, odważnie wchodzący w wolne przestrzenie – w pierwszych 13 minutach mógł maczać palce przy dwóch bramkach Kanonierów. Dwaj nasi pomocnicy pokazali to, czego zdecydowanie brakowało reszcie zespołu – wolę walki, za co należy im się wyróżnienie w tym meczu.

Dla jasności – atak Arsenalu praktycznie w tym meczu nie istniał. Najlepiej wypadł Henrikh Mkhitaryan – i tu, tak samo jak w pomocy należy się plusik za walkę do końca. Nie wszystko mu wychodziło, czasami źle zagrywał, ale mimo wszystko to on stwarzał największe zagrożenie dla bramki City w tym spotkaniu. Także Danny Welbeck pokazał wolę walki, aktywnie zakładał pressing na obrońcach City, co czasami skutkowało tym, że wybijali oni piłkę na aut, albo niedokładnie zagrywali. To jednak tylko  kropla pitnej wody w morzu słonej. Kolejny raz pokazał kompletny brak umiejętności, i to, że nie tylko nie nadaje się do klubu z aspiracjami sięgającymi Ligi Mistrzów, ale przypuszczam także, że miałby problem  ze znalezieniem sobie miejsca w klubie z dołu tabeli Premier League. Wola walki to czasami zbyt mało, panie Welbeck. Mesut Özil i Pierre-Emerick Aubameyang zagrali z kolei na podobnym sobie poziomie – fatalnym. Niemiec był kompletnie niewidoczny, nawet nie starał się udawać, że mu się chce. Nie uraczył nas swoim „magic touch” i łatwo dawał się ogrywać zawodnikom City, wyglądał przy nich po prostu słabo. Kolejny raz zawiódł, zaprzeczył tezie, jakoby chciał być liderem tej drużyny, a szkoda. Co do Aubameyanga – pomijając zmarnowanego karnego, nie miał zbyt wiele „pożywienia” w polu karnym – koledzy rzadko go znajdowali. Miał minimum 3 sytuacje, które mógł ( a zawodnik jego klasy nawet powinien!) wykorzystać. Kolejny kubeł lodowatej wody na nasze głowy, które myśląc o transferze Aubameyanga spodziewały się po prostu czegoś więcej.

Petr Cech [5/10]

Hector Bellerin [1/10]

Laurent Koscielny [2,5/10]

Skhodran Mustafi [1,5/10]

Sead Kolasinac [3/10]

Aaron Ramsey [6,5/10]

Granit Xhaka [6/10]

Henrikh Mkhitaryan [5/10]

Danny Welbeck [3,5/10]

Mesut Özil [1/10]

Pierre-Emerick Aubameyang [2/10]

Dołączam standardowe ocenki, tradycji mimo wszystko musi stać się zadość – a w obecnych, ciężkich czasach dla naszego klubu dobrze jest jednak mieć coś stałego. Lojalność oznacza bycie z kimś, czymś na dobre i na złe, przetrwanie kryzysu, po którym wychodzi słońce, a euforia w takich momentach jest podwójna, a sam sukces smakuje jeszcze lepiej. Mimo, iż wiem, że aktualnie nic nie daje nadziei na lepsze jutro – Wenger walizek na pewno nie pakuje, a Kroenke niezbyt kwapi się aby coś z tym zrobić, apeluję – zostańcie z tym klubem, mimo wszystko. Po tym poznaje się prawdziwych kibiców – nie są kibicami tylko wtedy, kiedy klub wygrywa, ale także, i przede wszystkim wtedy, kiedy gra tak jak Arsenal aktualnie. Kiedyś jednak Arsene Wenger abdykuje, a Aliko Dangote skończy budowę swojej rafinerii – i tego się trzymajmy.

 

Facebook Comments