Publicystyka

Szczerze mówiąc – Coś się kończy, coś zaczyna…

Kanonierzy przechodzą aktualnie przez niezwykle ciężki okres w swojej historii – czas na zakończenie współpracy z panującym od lat niemal niepodzielnie francuskim szkoleniowcem nadchodzi nieubłaganie, co sprawia, że okręt pod banderą Arsenalu jest ostatnio bardzo niestabilny. Tyle co zakończone zimowe okienko transferowe pozwoliło nam jednak odetchnąć z ulgą. Wszystko wskazuje bowiem na to, że zima powoli dobiega końca i choć za oknem nadal deszcz i zimno, to w perspektywie widać już zbliżającą się odrodzeniową wiosnę. Na naszych oczach dochodzi do kluczowych zmian, których wszyscy tak pragnęli. Zarząd dokłada wszelkich starań, by to przedwiośnie przebiegło jak najłagodniej, jednak, jak to podczas rewolucji, i w Arsenalu nie mogło obyć się bez ofiar. Nad powiewającym rześkim wiatrem zmian będziemy mieli jeszcze czas się pochylić. Zanim jednak zajmiemy się przyszłością, warto rozliczyć się z przeszłością i szczerze podziękować tym, z którymi przyszło nam się pożegnać. Szczególnie, że naprawdę na to zasłużyli.

Coraz więcej wskazuje na to, że Wenger z tygodnia na tydzień drobnymi kroczkami powoli odchodzi w cień. Jego dyktatura w Arsenalu zdecydowanie została już przez zarząd obalona. Wszystko jednak dzieje się na tyle delikatnie i cierpliwie, że Francuz nie tylko nie może poczuć się pokrzywdzony, ale jeszcze powinien być wdzięczny za ostatnie bardzo mądre posunięcia Boardu (o ile sam w ogóle nie maczał palców w układaniu i wdrażaniu tego planu na nowy Arsenal). Jesteśmy świadkami między innymi totalnej zmiany polityki transferowej i pomysłu na skład. W konsekwencji Klub zdecydował się podziękować za współpracę kilku, do tej pory wydawałoby się, kluczowym i, co ważniejsze, lojalnym i oddanym zawodnikom. Nasze szeregi opuścili bowiem: Theo Walcott, Francis Coquelin, Mathieu Debuchy oraz Olivier Giroud. A wszystko to, z największym szacunkiem dla każdego z nich, w imię tak długo wyczekiwanego postępu.

Jako pierwszy “do odstrzału” poszedł w dużej części wychowany i ukształtowany przez naszą własną akademię Francis Coquelin. Francuz nie miał łatwego życia w Arsenalu. Prawdę mówiąc, chyba sam nawet nie spodziewał się, że będzie kiedyś odgrywał tak ważną rolę w układance Wengera. W 2008 roku 17-letni wówczas Coq opuścił słoneczną Francję i za kwotę około miliona euro został podebrany Stade Laval. Od początku wykazywał on ogromne zaangażowanie i niemały talent, lecz nie jako znany nam teraz defensywny, ale jak najbardziej ofensywny środkowy pomocnik. W debiutanckim sezonie w nowych barwach udało mu się zadebiutować w dorosłej drużynie – w 3. rundzie Pucharu Ligi dostał od swojego rodaka 19 minut w wygranym 6:0 meczu przeciwko Sheffield United, co, jak się później okazało, było jego jedynym występem w kampanii 08/09. Kolejny sezon nie był w jego wykonaniu wciąż tak udany, jak oczekiwał po nim sztab szkoleniowy. W seniorskiej drużynie zdołał rozegrać łącznie zaledwie dwie godziny. Wspólną decyzją udało się dojść do najlepszego możliwego rozwiązania – wypożyczenia do ojczystej Ligue 1, konkretnie FC Lorient. Tam Francis zdołał wywalczyć nawet miejsce w podstawowym składzie, występując aż w 24 ligowych potyczkach, co przywróciło wiarę trenerów w jego talent. Na jego rozwój obojętny nie pozostał także Wenger, który podjął wówczas jedną z kluczowych decyzji dla tego zawodnika o przesunięciu go na pozycję defensywnego pomocnika. Przez następne 2 sezony Francuz pozostawał w londyńskim Arsenalu, gdzie łapał coraz więcej minut na nowej pozycji. W końcu jednak zdecydował, że rola zmiennika nie do końca go satysfakcjonuje i w 2013 roku udał się na kolejne roczne wypożyczenie do niemieckiego Freiburga. Bundesliga nie przyjęła go jednak z otwartymi rękami. Jakoś sobie radził, lecz nie był w stanie przekroczyć progu, który osiągał już wcześniej w Arsenalu. Stąd, zgodnie z dewizą, że czasem warto zrobić krok w tył, by potem zrobić dwa w przód, zapadła zrozumiała decyzja o wypożyczeniu do występującego w Championship Charltonu. Kto by się spodziewał, że to właśnie tak rozpocznie się najlepszy w karierze sezon Francisa… (Nie)szczęśliwy splot wydarzeń, plaga kontuzji w ekipie Wengera i rewelacyjna postawa Coquelina w pierwszych pięciu spotkaniach w barwach Charltonu sprawiły, że Le Boss w lekkim akcie desperacji sięgnął po młodego, by w ogóle miał kim grać. Coq jednak jak już zaczął grać, to za nic w świecie nie pozwolił na wypuszczenie swojej szansy z rąk. Jego rewelacyjna dyspozycja szokowała wszystkich: od kibiców, przez ekspertów i kolegów z drużyny, aż po samego Wengera. Jego współpraca w środku pola z Santim Cazorlą biła na głowę każdego – z pomocą obecnego wówczas mistrza Anglii, Manchesteru City na czele. Jego poświęcenie, zaangażowanie, brak kalkulacji i wybitne wręcz uzupełnianie luk zostawianych przez zawodników bardziej ofensywnych z pewnością na długo zostaną zapamiętane przez wszystkich sympatyków The Gunners, tak samo jak jego spektakularne wejście bez pukania do pierwszej jedenastki. Ostatecznie Francuz zdołał z armatą na piersi wykręcić całkiem niezłe liczby: 160 występów podczas 9 lat pobytu w klubie okraszone przede wszystkim dwoma Pucharami Anglii, do których zdobycia wydatnie się przyczynił. Jak wiele znaczyły dla niego klubowe barwy, nikomu nie trzeba chyba tłumaczyć. Jak sam powiedział w pożegnalnych słowach dla fanów Arsenalu, zawdzięcza temu klubowi wszystko.

“Powiedziałbym, że Arsenal nie tylko ukształtował mnie jako piłkarza, ale także jako człowieka. Zawdzięczam klubowi bardzo wiele, to było 9 lat mojego życia, których nigdy nie zapomnę” – podsumowywał nowy zawodnik Valencii.

Kolejnym piłkarzem, który opuścił stołeczny klub został kilka dni później Theo Walcott. Historii Anglika nie trzeba chyba nikomu przytaczać. Ogromny talent szkółki Southamptonu w wieku 16 lat debiutujący w pierwszym zespole, rekordowy transfer do wielkiego Arsenalu i natychmiastowy wyjazd na Mundial 2006, niemrawe początki, lecz z czasem coraz śmielsze pukanie do bram wyjściowej XI, a potem błędne koło, które zniszczyło jego wspaniale zapowiadającą się karierę, czyli: poważna kontuzja – mozolne dochodzenie do siebie – eksplozja formy – poważna kontuzja… Sami zresztą wiecie. Zamiast jednak zanudzać Was listą uszkodzonych części ciała Theodora, której nie powstydziłyby się “najbardziej schorowane” emerytki siedzące non-stop u lekarza, które kolejne przypadłości wynajdują sobie czysto hobbystycznie, chciałbym przedstawić Wam pokrótce kilka punktów widzenia na karierę Anglika, byście sami mogli właściwie dokonać oceny. Przez wielu Walcott jest uważany za zmarnowany talent. Kiedy był w odpowiedniej dyspozycji, stanowił bowiem bardzo istotną część składu zarówno Arsenalu jak i reprezentacji. Jak na tak zniszczonego urazami zawodnika, jego statystyki rzeczywiście są imponujące. W 397 meczach w barwach Kanonierów zdołał zdobyć aż 108 bramek i zaliczyć 77 asyst, co czyni go 15. najlepszym strzelcem w całej bogatej historii Klubu. W tym czasie strzelił także 8 bramek dla Synów Albionu w 47 występach. Walcott może poszczycić się ponadto trzema tytułami Pucharu Anglii i dwoma Superpucharami Anglii. Stać go było ponoć jednak na znacznie, znacznie więcej. Z drugiej strony, spotkałem się też z felietonami brytyjskich opiniotwórców, którzy wypowiadali się w drastycznie odmiennym tonie. Według nich, Walcott od samego początku był przewartościowany. Jego jedynymi zaletami były zabójcza szybkość i przebojowość, co wszak najbardziej imponuje u młodych piłkarzy, lecz z czasem jest brutalnie obnażane na najwyższym poziomie rozgrywek. Ich zdaniem, Walcottowi zawsze brakowało techniki użytkowej, wykończenia i umiejętności gry kombinacyjnej. Ocenę pozostawiam Wam, drodzy Czytelnicy. Jedyne, czego nie zawaham się nigdy powiedzieć, to to, że Anglik za swoje oddanie klubowi i zaangażowanie zasługuje na najwyższy szacunek wśród fanów i tego nie może zmienić żadna opinia na jego temat.

“Chciałbym powiedzieć wielkie dziękuję do wszystkich w Arsenalu – menedżera, trenerów, obsługi i wielu innych, którzy byli częścią mojej rodziny przez ostatnie 12 lat. Ale przede wszystkim chciałbym podziękować kibicom za ich niewiarygodne wsparcie. Jest mi smutno, że odchodzę” – wyznał na odchodne Anglik, który od kilku dni strzela już bramki dla Evertonu.

W ostatnim dniu okienka transferowego kluby zmienili jeszcze dwaj Francuzi. Jednym z nich był Mathieu Debuchy, który dołączył do francuskiego Saint-Etienne. Doświadczony defensor, który trafił na Emirates Stadium z Newcastle w 2014 roku, swojej przygody z Arsenalem nie będzie chyba jednak wspominał najlepiej. Mimo ostatnich problemów, jego wejście do ekipy Wengera było naprawdę obiecujące. Debuchy grał przyjemnie dla oka w ofensywie i zabójczo skutecznie z tyłu. Wydawało się, że będzie idealnym zastępcą dla Bacary’ego Sagni. Niestety, problemy zdrowotne, z którymi borykał się praktycznie od niemal samego początku pobytu w londyńskim klubie sprawiły, że w debiutanckim sezonie zdołał zameldować się na placu gry jedynie 15-krotnie. Brak odpowiedniej dyspozycji fizycznej sprawił, że kolejna kampania była co najmniej równie słaba – zaledwie 16 występów sprawiło, że Francuz zdecydował się na wypożyczenie do Girondins Bordeaux. W ojczyźnie był pierwszym wyborem trenera, ale pech nie ominął go i tam. Kolejne kontuzje i powrót na Wyspy z poważnym urazem kolana w zupełności przekreśliły jego szanse na zaistnienie w zespole z Londynu. Przenosiny do Ligue 1 są w zasadzie ostatnią szansą 32-latka na grę w piłkę na relatywnie wysokim poziomie. Wydaje się jednak, że jeszcze przez długi czas nie będzie mógł odżałować straconej przez urazy okazji na dużą karierę…

Najbardziej fanów Arsenalu zabolało jednak rozstanie ostatnie, kiedy to ‘do widzenia’ powiedzieć musiał Olivier Giroud. Kto by pomyślał, że to właśnie odejście rosłego napastnika tak rozczuli zatwardziałych sympatyków The Gunners? Nie jestem ekspertem od spraw miłosnych, ani żadnym psychologiem, ale coś mi się wydaje, że swoją prostotą, pasją i oddaniem Oli kupił niejedno armatnie serce. Jak to w prawdziwej miłości bywa: na początku, kiedy przychodził z Montpellier w 2012 roku jako król strzelców Ligue 1, była fascynacja. Szybko potem zaczęliśmy jednak dostrzegać coraz to więcej jego wad. Że za wolny, że za mało skuteczny, że nieprzydatny, że drewniany… Zaczęliśmy psioczyć na niego jak na mało kogo. Były momenty, że Oliemu obrywało się dosłownie za wszystko. Każdy jednak natychmiast puszczał w niepamięć jego słabsze występy po tzw. “screamerach”, które ładował jak natchniony i niespotykanemu w obecnych czasach zaangażowaniu emocjonalnym w reprezentowanie klubowych barw. A wszystko po to, by tydzień później znowu z czystym sumieniem zmieszać go z błotem… Ostatecznie jednak Giroud może szczerze powiedzieć sobie, że swoją pasją wygrał wszystko. Bo absolutnie nikt, nawet wychowany od małego Walcott, nie był tak niechętnie żegnany na Emirates. I coś mi mówi, że kibice Arsenalu po prostu chyba troszkę się we Francuzie zakochali… A nawet troszkę bardziej niż troszkę! Francuz kończy swoją przygodę z Arsenalem z 105 bramkami i 41 asystami na koncie w 253 występach z armatką na piersi. I choć nigdy nie był graczem wybitnym, to na długo zapisze się w pamięci wszystkich z tej czerwonej części Londynu!

Odejście wszystkich tych zawodników sygnalizuje wyraźnie chęci całkowitej przebudowy zespołu przez zarząd. Są dwa główne powody odejścia właśnie ich, które według mnie zdecydowanie nasuwają się na myśl. Z jednej strony, zarząd wreszcie przestał cackać się z piłkarzami, co w zwyczaju od zawsze miał Arsene Wenger. Nie jesteś w stanie osiągnąć poziomu, którego oczekujemy od zawodnika przywdziewającego koszulkę Arsenalu? Zwolnij tygodniówkę dla kogoś lepszego! Z drugiej jednak może chodzić o zwykły szacunek do lojalnego pracownika. Mam na myśli przede wszystkim Coquelina i Walcotta, którzy mogliby przecież pozostać jako wartościowi zmiennicy, lecz w obecnej sytuacji większość czasu przesiadywaliby na ławce rezerwowych, co powoli odsuwałoby od nich perspektywę gry na najwyższym poziomie jeszcze kiedykolwiek w ogóle. Te transfery to dla nich szansa na odbudowanie swojej renomy i udowodnienie czegoś kibicom. W przypadku Giroud mogłoby to wyglądać podobnie, ale przyczyny jego transferów najlepiej wyjaśni chyba przede wszystkim… Aubameyang! Można się rozgadywać, pisać wiele ciepłych słówek i nie szczędzić pochwał, ale meritum jest banalne i nie będziemy sobie więcej komplikować życia – Panowie, dziękujemy za wszystko i szczerze życzymy powodzenia! A teraz czas już zacząć budować nowy Arsenal – bo przecież coś się kończy, coś zaczyna…

Facebook Comments