Publicystyka

Szczerze mówiąc – Ciężki żywot kibica

Czarne chmury coraz gęściej pokrywają niebo nad the Emirates Stadium. Drużynie nie idzie najlepiej na boisku, mówiąc najdelikatniej jak można. W klubie dzieją się różne dziwne rzeczy. W drużynie brakuje ducha walki i pożądanego tak bardzo pazura. A atmosfera wokół Arsenalu robi się coraz cięższa – wydaje się, że jeszcze trochę i będzie można śmiało kroić powietrze nożami, prawie jak w Krakowie… Ale co gorsza, nie bardzo widać światełka nadziei na horyzoncie. Co to jednak oznacza dla nas tak całkiem osobiście? Czy Arsenal upada, a my, jako kibice, razem z nim?

To na pewno nie są łatwe chwile dla osób pracujących w klubie – zarówno piłkarzy, jak i członków sztabu szkoleniowego i całej reszty. Abstrahując od kwestii mentalnych, jak przywiązanie do reprezentowanych barw, czy poczucie odpowiedzialności za wykonywaną robotę, prawdopodobnie słabsze wyniki na boisku oznaczają także po prostu wyraźne uszczuplenie portfeli, a to chyba nigdy nie jest zbyt przyjemne. Wyobrażam sobie także, że pójście teraz do klubu, tak jak do każdej innej pracy, w którym nie dzieje się ostatnio najlepiej i gdzie każdy jest raczej mocno podrażniony, nie jest jakąś rewelacyjną perspektywą i w wielu przypadkach może powodować demotywację i ogólnie rozumianą apatię. To w sytuacji, kiedy trzeba właśnie jeszcze ciężej pracować i mocniej docisnąć, może wywołać całą lawinę niepowodzeń, którą z dnia na dzień coraz ciężej powstrzymać. Ale co by nie mówić, zawsze przyjemniej płakać w swoim nowym BMW, ocierając łzy czekiem na milion dolarów, bo akurat jako pierwszy podejdzie pod rękę. A co mamy z tego my? W ogóle po co tak się katować i dalej oglądać tych patałachów? Może po prostu przerzucić się na jakiś Real albo któryś z Menczesterów?

Staszek jest zapalonym kibicem lokalnej drużyny występującej w niższej lidze w Polsce. Ludzie, kiedy dowiadują się, że od przeszło czterdziestu lat jeździ za swoimi ulubieńcami na każdy mecz, łapią się za głowę z niedowierzania. Leje, pioruny biją, mróz, wiatr taki, że łeb urywa, ale choćby się waliło i paliło, Stachu meczu nie odpuści. A po spotkaniu zawsze ta sama śpiewka: “Pierdolę, już na tą kopaninę nie przyjdę”. Jak w starym, dobrym małżeństwie.

Futbol jest dla nas, “normalnych” ludzi, odskocznią od codziennego życia, naszych problemów, trudów i trosk. Dlatego spodziewamy się czerpać z niego same pozytywne emocje, eksplozję radości, ekstazę, a czasem chociażby zwyczajne zadowolenie i odprężenie. Trzeba nam jednak pamiętać, że jak wszędzie, tak i w piłce nie zawsze jest kolorowo. A, parafrazując delikatnie legendarne już słowa Erica Cantony, możesz zmienić dziewczynę, pracę, styl, wyznanie, przekonania, ale nigdy nie wolno ci zmienić klubu, którego jesteś fanem!

Trzeba psioczyć i narzekać – takie nasze prawo, a nawet nasz pieprzony obowiązek. Jeśli ktoś uważa, że powinno się głaskać po główkach i klepać po plecach, zapewniając jak jest super, podczas, gdy odwala się fuszerę i według niego tak powinno wyglądać kibicowanie i wierność barwom, niech zamilknie na wieki. Nie ma się co oszukiwać, szanowni Państwo. W Arsenalu nie jest nawet źle – tu jest burdel i to na kółkach. Ale to NASZ klub i nie można się od niego odwracać, jakkolwiek by nie było. A wiedzcie, że po każdej, nawet największej burzy zawsze ostatecznie wychodzi piękne słońce.

Facebook Comments